RSS
 

Narodziny Gwiazdy

09 maj

Gwiazdy, prawdopodobnie najbardziej spektakularne ciała niebieskie powstają z pyłów i gazów tworzących obłoki molekularne. Te, gęstniejąc lub zderzając z innymi, pod wpływem własnej grawitacji ściskają się coraz bliżej środka. Aż w końcu, dzięki niemalże magicznemu procesowi syntezy jądrowej, zapalają się i zaczynają nową karierę- młodej gwiazd, tak zwanej protogwiazdy (Gr: protos- pierwszy; Pl: gwiazda- gwiazda).  Niekiedy, do ich powstania przyczyniają się supernowe, które wybuchając w pobliżu chmur gazowo- pyłowych, uruchamiają proces zapadania się i wywołują reakcję termojądrową.

Gwiazdy nieco odmiennego kalibru, powstają w wyniku produkcji nie mniej spektakularnej- rozmnażania. Co prawda, ewolucja tych jaśniejących bytów jest znacznie krótsza niż, ciał niebieskich, potrafią one rozpalać wyobraźnię ludzką równie efektownie. Ich widowiskowe promieniowanie oddziałuje na pojedynczego człowieka oraz masy w sposób równie dosłowny, jak słońce, gwiazda najbliższa ziemi, odpowiada za życie na naszej planecie. Potrafią one bowiem ludziom ożywić, urozmaicić oraz upiększyć mozół codziennej egzystencji.

Jedna z tych gwiazd narodziła się 21 sierpnia 1988 roku. Nie w obłoku molekularnym, ani nie w pobliżu supernowej. Narodziła się Warszawie, a do jej powstania przyczyniła się dwójka sportowych bytów: siatkarka lokalnego AZS oraz piłkarz Hutnika Warszawa, uprawiający przy okazji judo. Proces jej formowania, rozpoczął się w środowisku jak najbardziej sprzyjającym. Począwszy od piłkarskiej sekcji Partyzanta Leszno. Do koniecznego skoncentrowania talentu nie doszłoby jednak bez zmiany anturażu, i tak kolejne etapy ewolucji nastąpiły w stołecznych klubach, Varsovii, Delcie oraz rezerwach Legii. Fuzja jądrowa, zainicjowana została wraz z przenosinami do trzecioligowego Znicza Pruszków, który wykorzystał rodzące się promieniowanie talentem naszego bohatera. Szybkie przenosiny do drugiej ligi, korona Króla Strzelców obydwu rozgrywek i 18 czerwca 2008 roku dochodzi do narodzin protogwiazdy. Protogwiazdy Lecha Poznań.

Jej blask szybko zauważyli astronomowie futbolu. Po dwóch latach oraz 32 golach zdobytych w Ekstraklasie, skupisko powiązanego grawitacyjnie piłkarskich zdolności, zabłysnęło w niemieckich teleskopach, wypatrujących nieziemskich zjawisk. Niemcy szybko zdecydowali, iż właśnie w ten obiekt należy zainwestować i przyspieszyć procesy konieczne do prawdziwej eksplozji. Doszło do niej 11.04.2012.

To wtedy Robert Lewandowski, bo o nim rzecz jasna mowa, strzelił prawdopodobnie najważniejszego gola swej klubowej karierze. Gol w meczu Borussia Dortmun- Bayern Monachium ostatecznie zadecydował o zmianie jego statusu. Z protogwiazdy zamienił się w gwiazdę słusznego formatu.

Jego ogromny talent, mądrość boiskową, fenomenalną postawę oraz wartość dla drużyny doceniono tak, jak na to zasłużył. Kilka dni temu, Lewandowskiego uznano piłkarzem Bundesligi, a  dzięki 22. golom i  10. asystom wszedł na podium klasyfikacji strzelców rozgrywek.

Pokochali go Niemcy, kochają go i jego rodacy. Wraz ze swoimi klubowymi kolegami, Jakubem Błaszczykowskim oraz Łukaszem Piszczkiem (człowiekiem, którego drukować należałoby na banknotach o nominale większym niż 10 mln euro) jest nadzieją na to, że w czerwcu polska reprezentacja nie zagra tradycyjnych trzech meczy- otwarcia, o wszystko i o honor. To oni wytrącają argumenty wszelkiej maści malkontentom, którzy z uporem godnym maniaka podkreślają przeciętność naszej drużyny narodowej. Bowiem już dawno w kadrze nie pojawili się zawodnicy, którzy w niemal każdym meczu poprawiają statystyki Mistrza Niemiec, a na tytuł solidnie zapracowali. To nie dublerzy, amatorzy czy zwykli statyści. To pierwszoplanowe postaci przebojowej produkcji jaką jest Borussia Dortmund.

A Robert Lewandowski to dziś jej prawdziwa supernowa.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Nogi

 

Rzut beretem lekko obciążonym

06 maj

Tak blisko, a jeszcze tak daleko. Polskie siatkarki znajdują się w odległości trzech kroków od Londynu i jest to prawda, mimo iż w chwili obecnej przebywają w Ankarze. Tam właśnie zmierzą się z reprezentacją gospodarzy, a przecież skojarzenia jakie mamy z pojedynku Polska- Turcja nastrajają bardzo optymistycznie. Turcja to w ogóle kraj wyjątkowo dla naszej siatkówki szczęśliwy. To tam siatkarki w 2003 zamieniły się w złotka, to tam w 2009 roku panowie poszli śladem pań.   Należy tę wspaniałą świecką tradycję kontynuować i wywalczyć sobie- słusznie i zasłużenie- awans do Igrzysk Olimpijskich.

Jak do tej pory nasze reprezentantki grały solidnie, pewnie i przede wszystkim mądrze. Rzadko traciły seryjnie punkty, a gdy do takich sytuacji dochodziło, w kolejnej partii potrafiły skoncentrowane wyjść na boisko i odrobić wszystkie straty. Dziś muszą zagrać tak jak wczoraj- cierpliwie z możliwie najniższą liczbą błędów własnych. I mimo tego, że gramy z gospodarzami turnieju, siatkarkami, którym wszyscy sprzyjają (przede wszystkim liniowi) i wśród których trudno znaleźć słabsze ogniwo, obyśmy dziś cieszyli się z kolejnej dwunastki w Londynie.

Przed nami ciężka  relacja na żywo meczu Polska- Turcja:

I SET
8-6
-Słabe otwarcie Turczynek. Dostarczył masę punktów po błędach, a polskie siatkarki potrafiły dobrze tę nerwowość wykorzystać. Same też popełniły kilka błędów, ale jak na razie bez poważnych konsekwencji.
16-15 Rozpoczęły się błędy własne Polek, choć wciąż brak opanowania reprezentacji Turcji umożliwia naszej reprezentacji utrzymanie jedno- punktowego prowadzenia. Turczynki grają tak, jakby każdym punktem miały wygrać mecz, a obecność Polski na prowadzeniu wyraźnie je stresuje. Szkoda, że Polki tracą kontrolę nazbyt często i przez to nie potrafią wypracować sobie większej przewagi. Bardzo możliwe, że całe spotkanie wyglądać będzie jak przedstawienia przedszkolaków, w którym nerwowość małych aktorów przewyższa walory artystyczne widowiska.
22-25 Mimo, iż Turczynki co drugą piłkę wysyłają w trybuny, Polki nie pozostają im dłużne. Dobre rozegranie Skorupy, która równomiernie rozprowadza piłkę na skrzydła, a w gdy może wykorzystuje też środek, jakby wcale nie pomagało. Proste, wręcz przedszkolne błędy w końcówce zadecydowały o wygranej naszych rywalek. Nerwy, nerwy, nerwy…

II SET
8-6
Niezłe rozpoczęcie drugiego seta, w którym zagościł nareszcie dobry polski blok. Polki zaczęły też wygrywać dłuższe akcje- skoncentrowane nie odpuszczają ani na chwilę. Skandaliczne zachowanie tureckich sędziów liniowych na szczęście nie pomaga gospodarzom. Choć w prawie każdej piłce granej przez Polki widzą aut, sędzia na stołku nie traci kontroli nad zawodami, nie pozwalając zamienić sport w cyrk.
12-16 Rozwinęły się Turczynki. Świetną grą w obronie zniwelowały przewagę i wyszły na prowadzenie. Szkoda, że Polki nie wykorzystują stosunkowo licznych pomyłek: za wysokich ataków. Słaba gra Polek w kontrze i nieregularne przyjęcie mści się na naszej drużynie jak Batman na półświatku Gotham City.
18-22 Możliwość wygrania tego seta jest coraz bardziej nikła. Polki kompletnie nie są w stanie wykorzystać średniej gry Turczynek, a te grając pod presją popełniają błędy. Wciąż jednak przeważają w kontrach, mimo, że ich skuteczność w ataku jest bardzo niska. Polek niestety jeszcze niższa.
25-21 Mimo zrywu pod koniec seta i świetnych dwóch serwisów Katarzyny Skowrońskiej, niewiele udało się ugrać. Polki grają jakby nie zauważały słabej dyspozycji swoich rywalek. Ilość niewykorzystanych sytuacji i straconych szans poraża. Jeśli czegoś bardzo szybko w swoim nastawieniu nie zmienią to na nadziejach się skończy.

III SET
6-8 nerwowy start Polek, a Turczynki nie pozostają złudzeń co do tego kto bardziej na IO zasługuje.  Bezradność z jaką grają nasze Panie przeraża i zasmuca, trud jaki wkładają w każdy punkt idzie na marne w każdej kolejnej piłce. Nie da się grać gorzej- można natomiast grać lepiej.
12-15 Już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską- Polkom udało się odrobić stratę, tylko po to, aby natychmiast wszystko to co wypracowały oddać kompletnie za darmo. Mnożą się błędy, pogłębia się bezradność i chyba już niewiele da się w tym meczu zdziałać.
19-25 Koniec, porażka i już nic więcej nie da się dodać, niż to co zostało powiedziane wyżej. Nerwy, błędy, bezradność, tak powinny dostać na drugie, trzecie i czwarte imię polskie reprezentantki.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Siatkówka

 

Taniego chleba i tanich igrzysk racz nam dać Franciszku

03 maj

W czasach nieodległych, gdy ludzkość dzieliła się na dwie grupy: oglądających i nie oglądających czterdziestą dziewiątą odsłonę Big Brothera,  wydawało się, że masy ludzkie natchnione bezdusznymi mediami pokochały imprezy prezentujące najniższy z możliwych poziomów. Popisy drugorzędnych gwiazd estrady na skrawku lodowiska, oceniane przez niezaprzeczalną polską królową kiczu cuchnęły odorem najpodlejszej żenady. Wyreżyserowane skandale z jacuzzi w roli głównej czy cotygodniowe odjazdy psychiczne Edyty Górniaka stały się chlebem i igrzyskiem dnia codziennego. Stacje telewizyjne rozpoczęły batalię o emisję możliwie najbardziej zawstydzającej produkcji i każdej wydawało się, że w tym boju zwyciężyła. Aż do wczoraj. Od wieczoru „Mocy biało-czerwonych” wiemy bowiem, że Telewizja Polska wygrała konkurs, a widowisko które wczoraj zaprezentowała było najbardziej żenującym w historii.

Jeszcze przed 22:30 oczywistym było po co organizuje się tę pseudo konferencję. Lud spragniony igrzysk, odliczający dni do meczu otwarcia EURO 2012, wręcz domagał się areny z gladiatorami. Mistrzostwa Europy to stanowczo za mała i za krótko, aby sprostać oczekiwaniom Polaków. Nie oszukujmy się, mogą się one dla nas bardzo szybko skończyć, dlatego zasadnym i racjonalnym jest rozpoczęcie ich dużo, dużo wcześniej. Zgromadzony w miejscu wydarzenia tłum mógł więc już wczoraj  wiwatować na cześć herosów. Bohaterów, ale dnia wczorajszego, bo zapowiedź obecności przynajmniej kilku w kadrze na Imprezę Sezonu, będzie równie surrealistyczna jak stwierdzenie, że Adrian Mierzejewski lewą nogą jest w stanie wiązać krawaty.

Aby ożywić atmosferę rozpoczęto od muzyki. Zaprezentowano utwory rywalizujące o tytuł oficjalnego polskiego hymnu na Euro i efekt tej prezentacji był piorunujący. W pył i perzynę obrócił poczucie smaku, a wrażenia estetyczne zamienił w gorejące pogorzelisko. Łuna najkoszmarniejszych ledwo- muzycznych utworów doskonale jednak nastroiła Franciszka Smudę oraz jego skrzydłowych, którzy z rumianymi twarzami przystąpili do części najważniejszej. Podania nazwisk szerokiej kadry na Euro 2012. Niespodzianek nie było, choć Paweł Brożek powinien raczej wystąpić w roli maskotki imprezy, a nie zawodnika.  Niestety, nawet z czegoś tak prozaicznego jak odczytanie listy 26 mężczyzn (dlaczego nie było w niej żadnego Adamiaka?!), zrobiono pożałowania godną prezentację w stylu amerykańskich aukcji charytatywnych, podczas których bogate panie, wykupują na dzień co atrakcyjniejszych kawalerów. Do każdego z piłkarzy dodano krótki, acz treściwą charakterystykę. I tak Dariusz Dudka okazał się być piłkarzem, od którego „nie chcemy aby był lepszy, bo lepsze jest wrogiem dobrego”- nadrzędna reguła Wielkiej Księgi Polskiej Myśli Szkoleniowej, a Rafał Murawski, kadrze jakoby zapewnia wysoką jakość. Zgodzić chyba tylko można się z entuzjastycznym opisem Roberta Lewandowskiego, choć przewidywania, iż najważniejsze bramki ma strzelić podczas mistrzostw, może się surowo zemścić na naszej piłkarskiej perełce.

Widowisko zakończyło uroczyste ogłoszenie wybranego w głosowaniu esemesowym utworu- hymnu. Niespodzianki nie było, społeczeństwo wybrało piosenkę najbardziej żenującą, choć też najlepiej oddającą realia polskiego futbolu. Utwór Koko Euro Spoko folklorystycznego zespołu Jarzyna to muzyczne ucieleśnienie folwarku zwierzęcego i chlewu PZPN. Wyborem tym, poziom wiejskiej oprawy świąt rolniczych osiągnięto szybciej i skuteczniej niż w wielu małopolskich gminach po zbiorach.

Upiorne wydarzenia dnia wczorajszego skłoniły mnie do ogłoszenia plebiscytu na Najpotworniejszą Piosenkę Mistrzostw Europy. W sposób automatyczny nominuję nasz oficjalny hymn, głównie ze względu na skojarzenie piłki nożnej z kurami. Wszystkich czytelników i sympatyków bloga zachęcam do zgłaszania swoich typów. Wszystkie podpowiedzi oraz komentarze zsumuję i w odpowiednim momencie uroczyście ogłoszę nasz wspólny werdykt.

 

O Olimpijskie Igrzyska pobiją się panie

01 maj

Nigdy nie lubiłam kobiecej siatkówki i myliłby się ten, kto uważa, że powodem nie jest uczucie najniższego sortu- zazdrość.  Bo jest i to w znacznym stopniu. Kiedyś sama marzyłam o podobnej karierze. Niestety, nie dość, że marzyć zaczęłam stanowczo za późno, to jeszcze okazałam się być zwyczajnie beznadziejna.

Stracone zachody siatkarskiej miłości to jednak nie jedyny powodów niechęci. Brak sympatii względem tej konkurencji wynika bowiem, z przyczyn estetycznych. Wbrew najprostszej interpretacji tych słów, nie chodzi jednak o kwestie obecności kompletu pań w obcisłych strojach, bo to widok niezgorszy, nawet dla moich heteroseksualnych oczu. Brak estetyki wiąże się w tym wypadku z siatkarską prezencją, czy też stylem gry. Często „urągającym wszelkim rozsądnym normom”.

Siatkarki to stworzenia niemal bliźniaczo podobne do tenisistek. Chimeryczne jak dziecko Tyfona i Echidny czy strzelec drugiej bramki we wczorajszo/dzisiejszym meczu New York Rangers- Washington Capitals. Chaotyczne jak taktyka Piotra Świerczewskiego oraz nerwowe jak atmosfera na trybunach podczas derbów Krakowa. Brak stabilnej gry wzmocniony chybotliwą psychiką podatną na każde, nawet najmniejsze niepowodzenie, potrafi przekształcić zawody sportowe w przedziwne cyrkowe widowisko. Siatkarki nierzadko przegrywając koszmarnie potrafią nagle seryjnie wygrywać, a co za tym idzie, prowadząc wysoko są w stanie przegrać końcówkę.

W siatkówce po prostu zdarzają się cuda i na jeden z takich czekamy. Jeden już się odbył- włączyłam Polsat Sport i oglądam mecz. Ten znacznie ważniejszy to cud awansu polskiej reprezentacji do Igrzysk Olimpijskich. Dziś mecz z Holandią, czyli teoretycznie najłatwiejszym rywalem.

Relacja prawie na żywo:

I SET

Polska 24- 18 Holandia (1-0)

Przyzwoity set w wykonaniu Polek, choć początek, jak przystało na siatkówkę pań, bardzo nerwowy. Do 11 punktu obydwa zespoły były zdenerwowane równomiernie, co niekoniecznie uatrakcyjniało widowisko. Szybciej opanowały się Polki i sukcesywnie zaczęły wypracowywać przewagę. Zaskakująco, zadecydował nie silny i szybki atak, co było przecież założeniem trenera Alojzego Świderka, ale raczej bardzo mądra obrona oraz znakomity blok. Choć ten ostatni element siatkarskiego rzemiosła, w kobiecym wydaniu, najczęściej dowodzi słabej dyspozycji w ataku po stronie przeciwnej. Szkoda tylko dwóch długich akcji, przy stanie 15-12 i 19-15- jak na razie najbardziej spektakularne i ze świetnymi akcjami defensywnymi Polek.

II SET

Polska 25-23 Holandia (2-0)

Początkową fazę seta Polki rozpoczęły podobnie do poprzedniej. Nerwowo i nieskutecznie. Przewagę wypracować tym razem udało się znacznie szybciej. Do drugiej przerwy technicznej reprezentantki Polski  grały bardzo sprytnie i efektywnie. Ustabilizowały atak oraz utrzymały wysoką skuteczność w blogu.  Dzięki mądrym kiwkom nie dawały Holenderkom szans na odpowiedź, jednak ta coraz szybsza gra oraz długie wymiany nie pozostawała bez efektu. Przy stanie 16-16 „złotka” straciły czujność i dały się dojść rywalkom. Przy dwupunktowej przewadze Holenderek (20-22), Alojzy Świderek wziął czas, co uspokoiło grę. Po przerwie stanęły skoncentrowane i skuteczne, a dzięki świetnym atakom Skowrońskiej i Okuniewskiej oraz doskonałemu blokowi neutralizujemy całkowicie słabsze przyjęcie, drugi set padł łupem polskiej drużyny.

III SET

Polska 23-25 Holandia (2-1)

Bardzo niedobry początek trzeciego seta w wykonaniu naszej reprezentacji. Za dużo błędów i oddane na początku rozgrywki punkty zadecydowały o obliczu pierwszej fazy rozgrywki. Przy wysokim prowadzeniu Holenderek (9-5), Polki musiały gonić  wynik i trzeba im to oddać, zrobiły to skutecznie. Dzięki fantastycznej postawie blokujących, stan gry wyrównał się już przy dwunastym punkcie. Przez kilka punktów obydwie drużyny siłowały się, zdobywając po dwa punkty z rzędu. Sytuację odmieniła Agnieszka Bednarek- Kasza, której zagrywka wyprowadziła Polskę na prowadzenie 18-17. Nie na długo. Sytuacja na boisku zmieniała się bowiem jak w kalejdoskopie. 18-19, 20-21, po 23, po czym przegrana. Wyrównana i zacięta gra nie służyła niestety Polkom i dekoncentracja w końcówce zadecydowała o wyniku tej partii.

IV SET

Polska 25- 13 Holandia (3-1)

Nareszcie dobry początek gry Polek i od razu kilku punktowe prowadzenie „biało- czerwonych”. Wyraźnie podniósł się poziom gry naszej drużyny i coraz mniej akcji kończyło się błędem.  Holenderki, wyraźnie na fali wygranej w poprzednim secie, zaczęły grać znacznie bardziej agresywnie na siatce. Wzmocnienie ataku i serwisu przyniosło jednak jedno wielkie nic. Dobre rozegranie i wiele piłek atakowanych bez bloku uniemożliwiło naszym rywalkom kontrataki, a nawet jeśli takie się zdarzały, to kończył je mocarny polski blok. Pomagały też Holenderki, które reagując na wysoko w górę uniesione dłonie, wiele ataków posyłały poza linią określającą boisko. Co szczególnie cieszy, Polki zaczęły tez wygrywać coraz więcej piłek sytuacyjnych, w tym dłuższych wymian, które jak do tej pory nagminnie przegrywały. W efekcie piękna wygrana do 13 i pierwsze punkty dopisane w tabeli przy Polsce.

Mecz mógł się podobać. Były i spektakularne i długie akcje. Były szybkie i mocne ataki. Najbardziej jednak podobać musi się wynik, bo właściwie tylko na nim wszystkim zależy. Obiecująca gra polskiej ekipy z kosmicznym blokiem, skutecznym atakiem oraz nie tak złym przyjęciem, pozwala mieć nadzieje na więcej zwycięstw. Choć łatwo na pewno nie będzie, bo i rywalki lepsze. Wszystko pod warunkiem, że utrzymają poziom koncentracji i stabilność.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Siatkówka

 

Notka o Barcelonie, w której ani razu nie pojawia się Pep Guardiola

29 kwi

Skłamałabym mówiąc, że dzisiejszy finał turnieju ATP w Barcelonie porwał mnie w tenisową ekstazę. Skłamałabym także twierdząc, że zanudził mnie śmiertelnie, choć na pewno ultra defensywna gra Davida Ferrera oraz Rafaela Nadala trafia w gusta nieco jednak odmienne od mojego.  Spotkanie głównie zmęczyło. Zarówno mnie oglądającą oraz, przede wszystkim, dwóch hiszpańskich dżentelmenów.

Turniej w Barcelonie, obchodzący w tym roku okrągłą 60-tą rocznicę, to jedna z ważniejszych imprez w kalendarzu ATP. Historia tenisa w stolicy Katalonii, starsza jest jednak od pierwszego zwycięzcy turnieju, czyli niezwykle żywotnego amerykańskiego tenisisty Eliasa Victora Seixasa Juniora, zwanego Viciem. Sięga ona bowiem ostatniego roku XIX wieku, kiedy to ludzkość przerażona rychłym końcem stulecia, namiętnie poszukiwała rozrywek, mogących powstrzymać masową histerię. W Barcelonie uznano, że najlepiej biegać po prostokącie o długości 23,77 m., a szerokości 10,97m. i machać drewnianą rakietą. Założono więc pierwszy hiszpański klub tenisowy- Real Club de Tenis. Po wielkiej przeprowadzce na nowe korty w 1953, pokuszono się też o organizację prawdziwie wielkiej imprezy. Było nią Trofeo Conde de Godó, czyli dzisiejszej Barcelona Open, obecnie najpoważniejszej, po Mutua Madrileña, imprezie tenisowej Hiszpanii.

Tegoroczny finał singla, jak siedem innych, należał do Rafy Nadala. Przekonująca na papierze wygrana 2-0 w setach, wcale nie była oczywista w trakcie trwania pojedynku. Ciągnące się przez 25 gemów oraz 2 godziny i 40 minut spotkanie, wyglądało bowiem jak sroga próba sił. Ogromna ilość długich wymian oraz ciężkich gemów, ze szczególnym wskazaniem na ten w pierwszym secie przy stanie 5-4 dla Ferrera, kiedy to niżej notowany Hiszpan, o mały włos nie wygrał seta, zamieniły mecz tenisa w widowisko przypominające bombardowanie Guerniki. Rafael Nadal wysłał na stronę Davida Ferrera blisko 100 torped, otrzymując w zamian 86 bomb kończących atak. Śmiało można powiedzieć, że o zwycięstwie w tym spotkaniu zadecydowały pojedyncze wymiany, poza wysoko wygranym przez Rafę tie breakiem, nie doszło bowiem do żadnej punktowej serii. Głównym bohaterem, a raczej bohaterką spotkania była więc piłka, ostro dostająca wciry. W prawie każdej akcji lądowała blisko linii końcowej, a odbijana z ogromną siłą we wszystkie strony kortu,  niezmordowanie uciekała przed sadystycznie znęcającymi się nad nią zawodnikami.

Zaryzykuję ponadto stwierdzenie, że spotkanie to bardziej Ferrer przegrał, niż Nadal wygrał. Miał on bowiem na rakiecie piłki kończące pierwszego seta, a pod koniec drugiej wymiany bliski był przełamania Nadala. Przegrał nie w rękach czy nogach. Przegrał w swojej głowie, nie potrafiąc skoncentrować się w odpowiednim momencie i raz za razem rozpieszczając swojego kolegę gratisami. Jego irytująca bezsilność w kluczowych momentach i niezawodność Rafy w takich momentach zadecydowały o tym, że to były numer jeden światowego tenisa, na lekko chwiejących się ze zmęczenia nogach, po raz siódmy wyjeżdża z Barcelony z trofeum.

Tym samym, Rafa Nadal powiększył liczbę hiszpańskich zwycięstw w tym turnieju do niebotycznej liczby 22 zdobyczy. Dorzucając do tego 21 wygranych tenisistek z półwyspu Iberyjskiego oraz 16-tu tenisistów grających debla, jasno i wyraźnie widać jak doskonale na tych kortach czują się Hiszpanie.

Wszyscy, poza Marcelem Granollersem- Pujolem i Marciem Lopezem. Przegrywając z parą Fyrstenberg/Matkowski 6-2 6-7 8-10, do 15 lat przedłużają okres bez hiszpańskiej wygranej w tej tenisowej konkurencji.  Co jednak ważniejsze, polskim tenisistom zapewnili 500 punktów w rankingu ATP.  Oraz czek na 94,4 tys. euro do podziału.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Tenis

 

Wiosna pełna rozstań

25 kwi

Jeszcze nie tak dawno roniłam wirtualne łzy nad ostatecznym dowodem końca dzieciństwa, którym był koniec kariery Sebastiana Świderskiego- wielbionego przez moją generację siatkarza. Bolesne rany jeszcze się jątrzyły, a rozdarte zostały ponownie. Biathlon przestaje uprawiać Tomasz Sikora, sportowiec tak stary jak Eurosport w moim telewizorze, zawodnik, który w kolorowo-„ legginsowych” latach 90- tych rozpoczął moją osobistą oś czasu sportowego maniactwa. Kolejny cios, choć nieco łagodniejszy, czyli pożegnanie z reprezentacją Piotra Gruszki, pogłębił jednak chęć wyparcia ze świadomości tych nowych parametrów sportowej rzeczywistości.

Nie zakończył się miesiąc, a wszystkich nas znokautowała wiadomość o złożeniu oraz przyjęciu dymisji Bogdana Wenty. Jakkolwiek wyobrażano sobie ewidentne i oczekiwane zmiany w polskiej kadrze szczypiorniaka po nieudanych kwalifikacjach olimpijskich, tak rezygnacja trenera Wenty wcale nie stanowiła scenariusza najbardziej oczywistego. Dla wielu, to nie trener przecież był tym najsłabszym ogniwem zespołu. Dla wielu, lecz nie dla głównego zainteresowanego.

Bogdan Wenta na zwołanej 19 kwietnia konferencji prasowej ogłosił koniec swojej pracy z reprezentacją piłkarzy ręcznych. Decyzję podjął znacznie wcześniej, bo jeszcze w Alicante, po sromotnie przegranym spotkaniu biało- czerwonych z Hiszpanią. I choć, jak sam twierdzi, „jest się tak dobrym jak ostatni mecz” to ja i pewnie przeważająca większość sportowych kibiców, wcale nie zapamiętamy Bogdana Wenty jako człowieka słabego, nieporadnego i działającego bez wyczucia. Tak wyglądać mogły te ostatnie mecze, a nie niezapomniana epoka „Wentyli”

Osiem pięknych lat pracy Bogdana Wenty to przede wszystkim wspaniały rok 2007 ze srebrnym medalem MŚ oraz Super Pucharem, czy absolutnie niezwykłymi Mistrzostwami Świata w roku 2009 z legendarną już „jedną wentą” czyli naginającymi zasady czasoprzestrzeni 15 sekundami, dającymi Polakom awans oraz w efekcie medal. Zapamiętamy smutek trenera oraz jego podopiecznych po Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, kiedy to otarli się o medal. Zapamiętamy wzruszenie po entuzjastycznym przyjęciu przez tłumy kibiców po czwartym miejscu na Mistrzostwach Europy w 2010 roku.

Polska piłka ręczna XXI wieku Bogdanowi Wencie zawdzięcza właściwie wszystko. To on, po latach pracy w Niemczech oraz Hiszpanii, przywiózł do naszego kraju nowoczesny styl oraz wykreował warunki odpowiednie do rozwoju szczypiorniaka nad Wisłą. To on stworzył najbardziej waleczną drużynę narodową, jedyną, która potrafi  bić się tak długo jak piłka jest w grze, jedyną, która za swoim trenerem prawdopodobnie skoczyłaby w ogień. Polska reprezentacja w ciągu ostatnich ośmiu lat zdołała dojrzeć, zmężnieć, przeżyć swój złoty okres oraz- co jest naturalną koleją natury- zestarzeć się. I choć teraz poniosła najdotkliwszą porażkę ostatniej dekady, to wciąż nasza nacja jest jedną z tych mocniejszych w świecie.

Bogdan Wenta dał nam to czego potrzebujemy najbardziej- dumę. Jego autentyczne zaangażowanie, widoczne w każdym meczu i każdej akcji, cieszyło i cieszy bowiem nie mniej niż ostateczne wyniki jego podopiecznych. Jest przecież tak bardzo „nasz”-nieokrzesany, w swojej dzikiej furii często wulgarny, i bezwzględnie, wręcz do granic przyzwoitości szczery. Nigdy się nie tłumaczy i bez blagierstwa i mydlenia oczu przedstawiał całą prawdę o polskim szczypiorniaku.

Choć Wenta nie kończy z trenowaniem piłkarzy ręcznych, dalej prowadzi Vive Targi Kielce, to jego nieobecność w kadrze narodowej jest monumentalnym trzęsieniem ziemi w polskim sporcie i wyrwaniem wszystkim kibicom stałego lądu spod stóp- bardzo, ale to bardzo boli.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kibice, Szczypior

 

Retransmisja na żywo

23 kwi

Jest w Polsce takie miasteczko, w którym przetrwała kultura dancingów (od 19:00 w co drugiej restauracji), a kuracjusze odwiedzający Pijalnię Wód Mineralnych- najznakomitszy relikt polskiej myśli architektury komunistycznej- piciem mają szansę wyleczyć niedokrwistość, nerwicę czy schorzenia nerek. Pod ziemią płynie woda „łagodząca przykre objawy nadużycia alkoholu”- przelana do kubka, zmienia barwę, nie tracąc przy tym wartości leczniczych, a żaby mają histerycznie długie kończyny tylne. Głównym deptakiem  spacerują miłośnicy nordic walkingu, turyści zajadający lody (wyrób własny!)  oraz reprezentanci Australii. W hokeju na lodzie.

Ci ostatni, a także Koreańczycy, Holendrzy, Rumuni oraz Litwini, przez ostatni tydzień powiększyli 11- tysięczną populację tego miasteczka o ponad setkę. Setkę walczącą o rzecz nie mniej cenną niż lokalne obiekty przyrodnicze (D-stan jodłowy prowadzony rębnią stopniową, D-stan daglezjowy na gruntach porolnych, Pozostałości po szkółce drzew egzotycznych)- awans do przedsionka hokejowej elity. Mistrzostwa Dywizji IB w sporcie będącym jedynym znaczącym wkładem Kanady w światowe dziedzictwo, odbyły się w miejscu najbardziej doń stosownym- Krynicy Zdrój.

Tam gdzie Nowy Dom Zdrojowy

Krynica Zdrój to jedno z najważniejszych ośrodków zimowych Polski- są piękne stoki, są piękne panie i piękni panowie instruktorzy, jest i Hala Lodowa, dostojna następczyni swoich wielkich przodkiń. Bo lodowiska i hokej wpisują się w krajobraz Krynicy co najmniej tak samo mocno jak kuracjusze z kubkami wody mineralnej Jan.

Wszystko zaczęło się w roku 1927 gdy powstało pierwsze oświetlone lodowisko. Dwa lata później zorganizowano regularny lodowy stadion, z widownią mogącą pomieścić nawet 800 mieszkańców- czyli więcej niż całą Niecieczę (wieś w powiecie tarnowskim z piłkarską drużyną walczącą o Ekstraklasę).  Lodowisko to, choć może nie służyło specjalnie długo, zapisało się na kartach historii sportu w 1931 roku, goszcząc uczestników Hokejowych Mistrzostw Świata.

Po zamknięciu obiektu przy ul. Piłsudzkiego w 1954 roku, hokeiści na nowy obiekt czekali, aż do 1962r. Choć na budowę nowego stadionu przeznaczono ponad 7 milionów złotych, nie przewidziano budowy hali zamknięte. Szybko okazało się, że bez dachu, nie ma hokeja. W latach 70- tych PZHL wymagał bowiem rozgrywania zawodów na obiektach zadaszonych.  Brak odpowiednich warunków , ergo nieobecność w rozgrywkach ligowych, spowodowało, iż Krynica sprowadzona została do roli wychowawcy oraz producenta młodzieżowych talentów. Ciężka [raca nie poszła na marne- głód sportu na najwyższym polskim poziomie umożliwił pod koniec lat 90- tych modernizację hali.

Wszystko po to, aby 15 kwietnia 2012 rozegrać na niej Mistrzostwa Świata Dywizji IB

Dobrze żarło, a zdechło

Turniej o awans do wyższej dywizji miał dać odpowiedź na pytanie: gdzie znajduje się miejsce Polski w świecie hokeja. Z małym niedowierzaniem można było bowiem przyjąć zeszłoroczna porażkę oraz spadek do nowo zorganizowanej Dywizji IB. Czy naprawdę jesteśmy zespołem, który powinien rywalizować z Australią, czy Rumunią, drużynami, które w zdaniu „ Australia/Rumunia to silna i solidna drużyna hokejowa” brzmią raczej nieprawdopodobnie?

Okazuje się, że tak.

Choć wszystko zaczęło się bardzo pięknie- dwa niesamowite mecze drużyny Wiktora Pysza: 9-0 z Litwą, tylko miejsce niżej w rankingu IIHF oraz 10-0 z Rumunią, prowadzoną przez Kanadyjczyka- Tomma Skinnera- mogły się podobać. Prawdziwa kanonada napastników, przy mądrej, prawie bezbłędnej grze defensywy sprawiła, że poczuliśmy się silni, mocni, niezwyciężeni. Wizualizacja tabeli końcowej ze stuprocentową skuteczność Przemysława Odrobnego, zawodnika Mistrza Polski Ciarko Sanok, wychowanka Stoczniowca Gdańsk oraz brata bliźniaka Radka Majdana, wcale nie wydawała się urojeniem chorego umysłu.

Schody zaczęły się jednak bardzo szybko. Dwa kolejne spotkania pokazały, że reprezentacja Polski jest dokładnie tak silna jak pozwolą jej na to rywale. Gdy stanęła naprzeciw dobrze broniącej Holandii oraz sprytnej Australii, dowiedzieliśmy się dlaczego nie gramy w elicie. Przeciętny atak bez pomysłu, nie najwyższa efektywność, kilka błędów w obronie oraz zwyczajne gapiostwo i przestaliśmy być drużyną nie tracącą goli. Choć za mecze Polska dostała po trzy punkty,  to łatwo wcale nie było. Szczególnie ze skazanymi na porażkę Australijczycy, którzy nie zdecydowali się jeździć do góry nogami.

O awansie miał zadecydować ostatni mecz z Koreą Południową.

Jeszcze przed turniejem trener Pysz twierdził, że Korea to drużyna, która ostatnimi  laty rozwija się najszybciej i notuje stały i poważny postęp. Jak wiele racji tkwiło w tych słowach, widać było już od pierwszej minuty.  Szybko można było odczuć, iż na co dzień Koreańczycy grają w jednej lidze z Kazachstanem. Ich ostry, wręcz brutalny styl gry kompletnie Polaków zaskoczył. Szybka jazda na łyżwach, przy stosunkowo drobnej budowie ciała, wcale nie oznaczającej braku sił, okazała się skuteczna. Azjaci wielokrotnie wcisnęli naszych w bandę, a sami, sprytnie manipulując ciałem, zwodzili sędziów prowadzących mecz. Co drugie starcie przy bandzie zakończone upadkiem gracza grającego w granatowej bluzie, klasyfikowana była jako nieczystą. Długie minuty gry w osłabieniu, nie pozostały bez efektu. Z czasem  Polacy grali coraz mniej energicznie, spadła skuteczność ofensywy oraz defensywy. Wszyscy wiemy jak się skończyło- prowadząc już 2-0, Polska ostatecznie przegrała 2-3 i o Dywizję IA walczyć będzie musiała za rok.

Szkoda wielka, szansa była bowiem ogromna. U siebie nie zagramy prawdopodobnie przez kilka dobrych, czy raczej złych lat, a biało- czerwone trybuny, to przecież zawsze atut i malownicze wsparcie. Po meczu niemal trzy tysiące wspaniale bawiących się kibiców, była bardzo niepocieszona. W tym, całkiem na żywo, ja.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Winter wonderland