Najpiękniejsza strona Igrzysk: najbardziej znany człowiek świata

Jessie2

Bitwy, które się liczą, nie są o złoty medal. To walki z samym sobą – niewidoczne, nieuchronne bitwy we wnętrzu nas wszystkich – tam się to odbywa

 W 1913 roku w Alabamie powstała pierwsza szkoła Rosenwalda – ośrodek edukacyjny dedykowany ludności afroamerykańskiej. W 1913 w Alabamie właściwie zaczynała się Wielka Emigracja, która z południowych stanów USA wygnała miliony czarnoskórych Amerykanów szukających szczęścia na bardziej otwartej Północy. W 1913 roku Alabama nie była krainą ludzi wolnych. Z całą jednak pewnością była domem, w którym na świat przychodzili ludzie dzielni. Jak Jessie Owens.

 Z Jamesa Clevelanda Owensa, wnuka niewolników i syna połownika, żaden był siłacz. Ciągle chorował – to na groźne zapalenie płuc, to na oskrzeli. Kiepsko nadawał się do pracy w polu, a przecież w owym czasie, dzieci wciąż rodziły się i wzrastały w bawełnie. Ślamazarne życie w Sercu Dixilandu trudno było nazwać czymś innym, niż nieustającą walką o życie, walką o byt i walką o godność Amerykanina, który miał pecha urodzić się z ciemnym kolorem skóry. W Alabamie Murzyni nic nie znaczyli – biali politycy robili wszystko, aby ograniczyć ich nowo zdobyte prawa. Era Rekonstrukcji na południu Stanów zakończyła się erą ograniczania czy wręcz odbierania praw obywatelskich ludności afroamerykańskiej, rdzennej oraz białej biedocie. W 1901 roku konstytucja stanowa Alabamy uznała, iż do głosowania w wyborach trzeba umieć pisać i czytać, a oligarchowie, którym zależało jedynie na tanich robotnikach rolnych starali się, aby tych umiejętności łatwo nie mogli zdobyć. Dyskryminacja i segregacja rasowa, niekończący się wyzysk oraz coraz trudniejsza sytuacja w rolnictwie wielu Afroamerykanów przekonała do tego, aby pozostawić za sobą biedne Południe i poszukać szansy w przemysłowych centrach Północy. Tak też zadecydowała rodzina Owensów, którzy na początku lat dwudziestych przenieśli się do Cleveland, w stanie Ohio.

Cleveland to był inny świat. Wielkie przemysłowe miasto, w którym w latach dwudziestych mieszkało blisko 800 tysięcy ludzi, otwarło przed Jamesem Owensem szanse, których w Sercu Dixie nawet nie miałby szansy zauważyć.

Wszyscy mamy marzenia. Aby je jednak spełnić, potrzeba ogromnej determinacji, oddania, dyscypliny i wysiłku.

Wszystko zaczęło się w szkole, gdzie jak wieść gminna niesie, zyskał swoje nowe imię – Jessie. Zdobył je, gdy w swoim głębokim i ciężkim południowym akcencie przedstawił się jako „J.C”, co w uszach nieprzywykłego do południowej mowy nauczyciela zabrzmiało „Jessie”.

Materiał na sportowca, zauważył w nim Charles Riley, trener drużyny lekkoatletów oraz nauczyciel wychowania fizycznego, który robił wszystko co mógł, aby młodemu atlecie ułatwić uprawianie sportu. Robił to, gdy pracujący gdzie popadnie Jessie nie mógł trenować popołudniami. Robił to, gdy przekonywał go, że do tego aby być szybkim sprinterem, trzeba nauczyć się biegać długie dystanse. Robił to, gdy do rywalizacji przygotowywał Jessiego także mentalnie, pracując nad jego motywacją i ucząc go, co to znaczy wyznaczanie sobie dalekich celów i dążenie do ich osiągnięcia. I w końcu robił to, kiedy w 1930 roku Owens skończył Fairmount Junior High i przeniósł się do liceum, w którym brakowało doświadczonego trenera lekkoatletów. Edgar Weil, nowo zatrudniony coach drużyny footballowej zaprosił Rileya do współpracy i poprosił o pomoc w trenowaniu Jessiego. Już wtedy bowiem wiązano z nim ogromne nadzieje.

I słusznie. Jessie okazał się być bowiem talentem, którego świat nigdy wcześniej i być może nigdy później po swej skorupie nie nosił. Pierwsze sukcesy osiągnął jeszcze w gimnazjum, kiedy pobił rekordy świata swojej kategorii wiekowej w skoku wzwyż oraz w dal. Nie przywykł przegrywać – bił rekord, za rekordem zarówno w konkursach technicznych jak i szybkościowych. Startował w skoku w dal, wzwyż oraz biegach – przede wszystkim na 100 oraz 220 yardów, które w owym czasie stanowiły normalność Commonwealthu. Trenerzy wymarzyli sobie, że wystąpi na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles, w 1932 intensywnie przygotowywali go więc do narodowych kwalifikacji. Jednak ten jeden z nielicznych razów, Jessie Owens poniósł sromotną klęskę. Przegrał we wszystkich trzech konkurencjach, w których startował. Jeszcze nie przyszedł czas na jego wielkie sukcesy.

„Kasztanowy pocisk” – bo taki zyskał przydomek – nie był jednak ulepiony z kruchej gliny. Po porażce otrząsnął się i już w następnym sezonie zdeklasował swoich rywali, wygrywając 75 z 79 zawodów, w których uczestniczył. Cały świat sportu wprawił w osłupienie rok później – podczas Dnia Dni, najpiękniejszych 45 minut w historii sportu. W maju 1934 roku w Ann Arbor, podczas międzyuczelnianego turnieju Big Ten Championship, Jessie Owens, dumny reprezentant Uniwersytetu Stanu Ohio, w przeciągu trzech kwadransów pobił trzy rekordy świata – w biegu na 220 yardów, zarówno płaskim jak i przez niskie płotki oraz w skoku w dal. Wyrównał także rekord świata w biegu na 100 yardów. A działo się to pomimo okropnego bólu pleców, z którym zmagał się z skutek upadku ze schodów. Wybłagał trenera o możliwość pierwszego startu na setkę, tłumacząc, iż będzie to świetny sprawdzian stanu zdrowia. Potem po prostu poszedł za ciosem. Do dziś, tamten wyczyn Jessiego Owensa uchodzi za jedno z największych indywidualnych osiągnięć lekkoatletycznych świata, a wielu uznaje za najwspanialszy popis sportowego talentu w historii.

Jednak Jessiego Owensa znamy nie dzięki wyczynowi z Anna Arbor. Jessiego Owensa znamy z Berlina.

Przez krótki czas byłem najbardziej znanym człowiekiem na świecie

W 1936 rok w Berlinie za ludzi idealnych uchodzili wysocy, silni Aryjczycy o oczach błękitnych i włosach złotych jak słońce. W 1936 roku w Berlinie, głoszono najśmielsze tezy na temat tego, kto jest prawdziwym człowiekiem, kto jest nadczłowiekiem. W 1936 w Berlinie, Igrzyska Olimpijskie chwilami były areną nachalnej nazistowskiej propagandy, a minister Goebbels z wyżyn swojego majestatu wykrzykiwał do najdoskonalszego narodu świata: „Niech wszyscy zagraniczni goście tego miasta [Berlina] w rytmie jego życia, w tempie jego pracy i w entuzjazmie, z jakim oddaje się ono Adolfowi Hitlerowi i jego idei, pochwycą powiew ducha, jakim natchnione są nowe Niemcy”. W 1936 roku Berlin nie miał być miejscem chwały ludzi innych niż białolicy Aryjczycy.

22-letni Jessie Owns nie słuchał jednak Goebbelsa ani Hitlera. Bo gdyby choć przez jedną sekundę przyszłoby mu do głowy, iż zasługuje na miano „podczłowieka” nigdy nie zrobiłby tego, co zrobił.

Złoty medal numer jeden zdobył wygrywając bieg na 100 metrów w czasie 10.3 sekund.

Złoty medal numer dwa zdobył wygrywając skok w dal skacząc 8 metrów i 6 centymetrów.

Złoty medal numer trzy zdobył przybiegając na metę biegu na 200 metrów w 20.7 sekund

Złoty medal numer cztery zdobył wraz z kolegami z drużyny podczas sztafety 4×100 metrów, którą zakończyli wynikiem 39,8 sekund.

Przez lata o wspaniałych zwycięstwach czarnoskórego atlety wspominano nie tylko w kontekście jednego z największych indywidualnych osiągnięć lekkoatletycznych podczas Igrzysk Olimpijskich, ale także rzekomej zniewagi, jaką Hitler miał zaprezentować po pierwszym biegu Owensa. Latami mówiono o tym, jak Führer wściekły opuścił stadion przed gratulacjami, które zwykł składać na ręce zwycięskich sportowców. Odmowa podania ręki czarnoskóremu lekkoatlecie miała być symbolem tego, co Hitler myśli o przedstawicielach rasy czarnej. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Prawda odbiegała nieco od tych romantycznych wersji. I dobrze – w historii tej od początku powinien liczyć się wyłącznie Jessie Owens.

W rzeczywistości, Hitler – choć naturalnie Owensowi niechętny – nie odważył się na tak dalece idącą manifestację. Nie byłaby ona dobrze przyjęta przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który wymagał od Führer odpowiedniego takiego samego podejścia do wszystkich triumfatorów – niezależnie od ich pochodzenia oraz koloru skóry. Zanim więc dokonał rejterady ze stadionu, podszedł do Jessiego i na uboczu głównych wydarzeń nie tylko uścisnął mu dłoń, ale także ofiarował pamiątkową fotografię ze swoim wizerunkiem. Dowód na to przedstawił sam zainteresowany, kiedy w latach sześćdziesiątych miał niemieckiemu dziennikarzowi, Siegfriedowi Mischnerowi pokazać zdjęcie z tego wydarzenia. To nie Hitler obraził i potraktował Jessiego bez szacunku. Kawał pracy wykonali za niego rodacy Owensa.

- Hitler mnie nie znieważył - to Franklin Delano Roosevelt mnie znieważył. Prezydent nie wysłał mi nawet telegramu – przyznał. Prezydent USA, nie zaprosił Jessiego do Białego Domu podczas tradycyjnych wizyt zwycięzców olimpijskich, w życie wcielając wielkie życzenia samego Führer, który marzył o tym, aby pokazać gdzie jest miejsce „prymitywnych ludzi, których przodkowie pochodzą z dżungli” i poirytowany wspaniałą serią Owensa liczył na ich eliminację z przyszłych rywalizacji olimpijskich.

Po powrocie do Stanów Jessiemu Owensowi zorganizowana huczne przyjęcie. Parada w Nowym Jorku kończyła się uroczystym bankietem upamiętniającym sukcesy lekkoatlety w słynnym hotelu Waldorf Astoria. Jessiego do hotelu, nie wpuszczono głównymi drzwiami. Aby wziąć udział w ceremonii ku swojej czci zmuszony był do użycia windy towarowej.

Tak wyglądały Stany Zjednoczone w 1936 roku.

32 przemyślenia na temat “Najpiękniejsza strona Igrzysk: najbardziej znany człowiek świata”

  1. ~sylwia pisze:

    najpiekniejsza strona

  2. ~Adelina pisze:

    igrzyska to fajna sprawa

  3. ~Maja pisze:

    kto byl czlowiek

  4. ~Natalia pisze:

    podoba mi się wpis :)

  5. ~ewa pisze:

    no tak właśnie wyglądały

  6. ~Justyna pisze:

    podoba mi się wpis

    1. Kaja pisze:

      Bardzo dziękuję :) Cieszę się, że się podoba!

Odpowiedz na „~CeciAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook