Najpiękniejsza strona Igrzysk: „Skok stulecia”

beamonKiedy na tablicy pojawił się wynik, nie bardzo wiedział, co takiego się wydarzyło. Osiem metrów. Dziewięćdziesiąt centymetrów. Liczb tych nie rozumiał, nie potrafił przełożyć na konkretną odległość. I choć czuł, że był to skok daleki, nie wiedział jak.

A był to skok w XXI wiek.

Robert Beamon – dla przyjaciół oraz świata Bob – urodził się w czwartek, 29 sierpnia 1946 roku. Gazety tego dnia pisały przede wszystkim o procesie przeciwko zbrodniarzom III Rzeszy, który właśnie toczył się przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. To wtedy prokurator generalny USA Thomas J. Dodd podczas podsumowania kwestii amerykańskiej, wnioskował o obciążenie odpowiedzialnością za zbrodnie na ludności nie tylko pojedynczych liderów Rzeszy, ale także nazistowskie organizacje takie jak Gestapo czy Czarne Koszule. W Nowym Jorku pogoda dopisywała. Dwadzieścia kilka stopni, jeśli pojawił się deszcz to na krótko i tylko gdzieniegdzie. Bob Beamon przychodził na świat w odpowiednim momencie. Niestety, niekoniecznie w odpowiednich okolicznościach.

Bob nie znał swoich rodziców – ojca nigdy nie poznał, matka natomiast umarła gdy był jeszcze niemowlęciem. Dorastał w Queens, w domu z wiecznie pijanym ojczymem, który robił wszystko, tylko nie to co należało. Bił swoją żonę, swoją matkę. Bił też Boba. Dorastający chłopak miał więc na kim się wzorować kiedy rozpoczął karierę ulicznego chuligana. Już w wieku 9 lat sprawiał kłopoty – kradł, wszczynał bójki i chodził na wagary. Mając lat 14 uciekł z domu, rzadko odwiedzał szkołę i wstąpił do gangu. Nie potrafił nawet czytać. Szybko jednak zdobywał szacunek ulicy. Nie unikał walki. Nie bał się konfrontacji. Kiedy jedna z awantur przeniosła się do szkoły, Beamon mógł trafić za kratki. To właśnie wtedy pierwszy raz mógł poczuć ile waży łut szczęścia. Jego sprawa trafiła bowiem w ręce sędziego, który młodemu przestępcy chciał zwyczajnie pomóc. Uwierzył zapewnieniom jego babki, która zobowiązała się sprowadzić chłopca na dobrą drogę. Bob zamiast do poprawczaka trafił do tzw. „600 School” na Manhattanie, gdzie nieszczęsna młodzież balansująca na granicy bezprawia miała szansę wyjść na prostą. Bob z szansy skorzystał – przekonał się, że życie może być czymś więcej niż ciągłą walką. Dzięki wsparciu nauczycieli i ciężkiej pracy w końcu udało mu opuścić niemal całkowicie zamkniętą szkołę dla chuliganów i wrócił do Queens.

Kiedy rozpoczął naukę w Jamaica High School, szczęście natknęło się na niego mu się po raz drugi. Wysoki i szczupły – wręcz chudy – zwrócił uwagę Larry’ego Ellisa, dyrektora szkoły oraz trenera lekkoatletyki. Ellis zobaczył w nim materiał na skoczka, rozpoznał jak bardzo chłopakowi potrzebne jest wsparcie i zachęcał do marzeń. A Bob marzenia miał coraz śmielsze. Robiąc ogromne postępy każdego roku, powoli wychodził z cienia opanowanych przez gangi ulic Queens. W gimnazjum pobił rekord olimpiady juniorów, w liceum zaś ustawiał lekkoatletyczne rekordy regionu. Był gotów na coś więcej. Był gotów na podbicie świata.

Mijały lata. Życie Beamona zmieniło się nie do poznania. Choć jego niepokorna natura dawała czasem o sobie znać. Jak choćby wtedy, gdy odmówił wzięcia udziału w rywalizacji sportowej przeciwko Uniwersytetowi Brighama Younga, oskarżając placówkę o rasizm. Za karę został zawieszony w prawach studenta UTEP. Nie miał jednak czego żałować. W sporcie wreszcie znalazł swoje miejsce na świecie. Skok w dal dał mu szansę na to, aby dać upust potrzebie rywalizacji oraz walki. Był nie do pokonania.

Na Igrzyska Olimpijskie do Meksyku jechał jako absolutny faworyt. Wygrał 22 z 23 zawodów zorganizowanych w 1968 roku. Jego życiówka wynosiła 8.33m, a właściwie 27 stóp i 4 cali, bo to jednostkami imperialnymi posługiwał się Beamon. Do obowiązującego rekordu świata Ralph Bostona oraz Igora Ter-Owanesiana brakowało mu więc tylko dwóch centymetrów. W sezonie skoczył więcej – 8,39. Rekordzistą świata nie został. Pomógł mu zbyt silny wiatr.

Igrzyska rozpoczął jednak nerwowo. W kwalifikacjach spalił dwie pierwsze próby. W ostatniej, zmienił rozbieg i wreszcie trafił w belkę. Awansował do finału, gdzie miał zmierzyć się z największymi skoczkami swoich czasów – wspomnianymi rekordzistami świata oraz Brytyjczykiem, Lynnem Davisem, złotym medalistą z Tokio (1964).

18 października 1964 roku amerykańskie gazety pisały o rozmowach pokojowych podczas wojny w Wietnamie, zaręczynach Jackie Kennedy z Aristotelisem Onasisem oraz pierwszym załogowym locie misji Apollo – Apollo 7, czyli wielkim preludium do podróży na Księżyc. Pogoda w Meksyku była idealna – wiatr był silny, jednak nie tak, aby pomagać nieprzepisowo. Do tego skoczkom wiał prosto w plecy. Sucha nawierzchnia pozwalała na idealne odbicie, a rzadkie, meksykańskie powietrze to najlepsze warunki do tego, aby skakania daleko.

To wtedy Fortuna po raz kolejny uśmiechnęła się do Roberta Beamona.

Stanął na starcie, wymierzył rozbieg, skoncentrował się i na oczach tysięcy kibiców w ciągu 6 sekund, skoczył w nowe stulecie. Gdy wylądował na 8 metrze i 90 centymetrze, po serii krótkich, żabich skoków, stanął i popatrzył w piasek. Nie wpatrywał się zbyt długo – wcale nie czuł, że skoczył nadzwyczajnie daleko. Odszedł podskakując i rozluźniając mięśnie przed następnymi próbami. Te jednak właściwie nie były potrzebne – jego rywale szybciej niż sam Bob zorientowali się, że konkurs się skończył.

Po kilkunastu minutach mierzenia – trwało to tak długo, bowiem urządzenie do pomiaru optycznego nie sięgało do miejsca, w którym Bob wylądował – spiker ogłosił wynik. Do nieznającego systemu metrycznego i nie rozumiejącego co się dzieje Beamona podbiegł Ralph Boston i jego trener. To oni powiedzieli mu co oznacza 8.90. To oni uświadomili mu co zrobił. Zszokowany, wpadając w ramiona kolegi, Bob przeżył katapleksję. Upadł na ziemie, tak jakby dopiero wtedy jego patykowate nogi poczuły zmęczenie po skoku. Stracił kontrolę nad mięśniami i płakał. Z ziemi podnosili go rywale. Wygrał – żaden z jego sportowych przeciwników nie zbliżył się nawet do poprzedniego rekordu. A co dopiero do nowego. Na podium, poza Bobem Beamonem stanęli Klaus Beer (8.19) z Niemiec oraz Ralph Boston (8.16). Polski zawodnik, Andrzej Stalmach uplasował się na ósmym miejscu. Lądując prawie metr bliżej (7.94).

Magazyn Sports Illustrated skok Beamona uznał za jeden z pięciu najwspanialszych momentów w XX-wiecznym sporcie. „Skok stulecia” czy też „Skok w XXI wiek” był i nadal jest osiągnięciem, które rozpala wyobraźnię sportowców marzących o czymś wielkim. Wyczynie dzięki któremu zostaną zapamiętani na lata.

Tak jak pamiętany jest Bob Beamon – człowiek, dla którego skok w Meksyku był drugim wielkim skokiem życia. Nie byłby możliwy, gdyby nie ten pierwszy. Z życia chuligana do życia olimpijczyka.

16 przemyśleń na temat “Najpiękniejsza strona Igrzysk: „Skok stulecia””

  1. ~Tekla pisze:

    ehh… to był skok

  2. ~Michał pisze:

    Ciekawa aczkolwiek nieco zapomniana historia. Warto o takich ludziach przypominać światu!

  3. ~Klara pisze:

    rewelacyjny skok

  4. ~kurs ant pisze:

    Piękna to historia i dobrze jest przypominać o takich ludziach i takich wydarzeniach. Ludzie potrafią robić wielkie rzeczy i tego musimy się trzymać!

Odpowiedz na „~TeklaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook