Jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie!

Ostatnie tchnienie zimy zamroziło Polskę. Ludzie w osłupieniu patrzą na to co się stało, wielu nie wierzy, cześć neguje. Są też tacy, którzy cieszą się i triumfują. O tych ostatnich pisać jednak nie zamierzam, bo to zwykle ludzie mali, podli i złośliwi.

Justyna Kowalczyk podczas Mistrzostw Świata w Val di Fiemme poniosła bolesną porażkę. W sprincie przegrała z grawitacją, w skiathlonie z norweską falangą, a w biegu na 30 km. z doskonałą Marit Bjoergen. Do Polski wróci bez złota i mimo prawdopodobnej wygranej w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata oraz triumfie w Tour de Ski, po sezonie pozostanie gorycz. Gorycz tak wielka, że doprowadziła Justynę Kowalczyk do wyznania, które rozrywa serca kibiców:

„Mój czas powoli się kończy”

Boli, prawda?

Justyna Kowalczyk w biegach osiągnęła właściwie wszystko. Medale olimpijskie (złoto, srebro i dwa brązy), mistrzostw świata (dwa złota, trzy srebra, dwa brązy), cztery zwycięzca w prestiżowym Tour de Ski oraz trzy kryształowe kule. W czystej sportowej algebrze, jest narciarką utytułowaną, jedną z najwybitniejszych zawodniczek ostatnich lat i postacią spełniającą wszelki postulaty wielkości. W tej wyliczance nie brakuje niczego.

Są jednak tacy, którzy w biografii Justyny dopatrują się porażek. Z Bjoergen Justyna częściej przegrywała, niż wygrywała, a w ostatnich ważnych zawodach robiła to wręcz regularnie. Spektakularne triumfy notowała „jedynie” w Tour de Ski i w ogólnym rozrachunku ze swoją rywalką „na złota” przegrywa o głowę.

I choć zwolennikom takiej interpretacji biografii Justyny Kowalczyk, trudno zarzucić kłamstwo, o prawdzie także mówić nie można. Widzieć dokonania sportowe naszej wybitnej narciarki przez pryzmat Marit Bjoergen to tak, jak patrzeć w gwiazdy przez lornetkę. Wszystko się zgadza, tylko rozmiary jakieś takie nierealne.

Sukcesy Justyny Kowalczyk to sukcesy gigantyczne, sukcesy które na dobrą sprawę nie powinny mieć miejsca ani kraj, ani związek, ani możliwości treningowe nie powinny zapełnić gabloty medalami. A jednak są one faktem.

Wyżyny sportowe Justyna zawdzięcza wyłącznie sobie. Decyzja o samodzielnych treningach i stworzenie mistrzowskiego „dream teamu”, a także piętnaście lat morderczej pracy wyniosło ją na szczyt sportowej egzystencji. Tkwi w nim od lat, co tydzień udowadniając, że w sporcie można osiągnąć wszystko.

Choć gleba jest jałowa, wyrósł w niej wielki i silny dąb.

Dlatego też w imieniu swoim oraz milionów kibiców w tym kraju, mimo, iż słowa nie dotrą do adresata, ośmielę się prosić:

Pani Justyno, proszę nie kończyć kariery. Jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie!

2 przemyślenia na temat “Jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie!”

  1. ~Jarko pisze:

    Witam. Jakże smutne są te słowa Justyny…
    Mimo tych wszystkich pechowych „porażek” Justyna pokazuje wielkie serce i wolę walki. W walce, gdzie na starcie przegrywa we wszystkim poza jednym- swoim ponadludzkim wysiłkiem na treningach, Justyna pokazuje że Dawid nie zawsze jest słabszy od Goliata. Taki człowiek, a w zasadzie taki charakter jest dziś na wagę złota. Z tego co już Justyna osiągnęła winniśmy postawić jej pomnik. No ale niestety są ludzie, którzy żądają zwycięstw. Nigdy takich nie zrozumiem. W sporcie, gdzie poświęca się życie by przystąpić do rywalizacji, nie ma takiego słowa jak porażka. Dlatego ten kto nie wie co to znaczy ciężka długoletnia praca nie winien mieć głosu… wróć… Ostatnio modne są sztuczne widowiska, gdzie rywalizację wypiera show i mamona. Tam właśnie widzę miejsce dla tych pseudo ekspertów.

    1. Nic dodać, nic ująć ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook