W dniu każdej istoty ludzkiej zdarzają się takie dni, takie momenty, gdy brakuje słów. Mowa nie wydaje się odpowiednim narzędziem wyrażania emocji, słowa brzmią albo zbyt śmiesznie, albo zbyt górnolotnie. Nie pasują jak majtki z rozciągniętą gumką, uwierają jak szwy starych spranych jeansów.
Dziś czuję się jakbym ubrała obydwie części niewygodnej garderoby. Ani język ani palce, teoretycznie nawykłe do odpowiedzialności za istnienie tego bloga, nie są w stanie podźwignąć ciężaru sportowego weekendu w Szklarskiej Porębie. Z jednej strony bowiem chciałoby się tylko mówić górnolotnie, z drugiej jednak, wszystkie słowa ukwiecone homeryckimi epitetami, wyświechtane i oklepane są jak 30-sto letni koń na Dzikim Zachodzie. Powtarzanie komunałów i powielanie frazesów nie wnosi niczego, a próba sprowadzenia zawodów w Szklarskiej Poręby do statystycznej relacji jest mniej naturalne niż biust Pameli Anderson.
Siląc się na publicystyczne ambicje, mogłabym pójść śladem każdego portalu sportowego, para- sportowego i niesportowego i pisać o atmosferze zawodów. W sprawie tej wypowiadali się wszyscy pytani i zainteresowany, niekiedy też ci niezainteresowani, a co gorsza niepytani. We wszystkich językach odmieniano przymiotnik „fantastyczna”, podkreślano wagę dopingu totalnego, uniezależnionego od kraju pochodzenia, sympatii indywidualnych, a także odseparowanego od wykreowanych kontrowersji. Tak naprawdę było jak zawsze na polskich trybunach, gdy na te patrzy cały świat. Nasza narodowa potrzeba pozytywnego zaistnienia w świadomości międzynarodowej i tym razem nie zawiodła, kilka tysięcy kibiców dopingujących na Polanie Jakuszyckiej po raz kolejny zapracowało miano nieprzeciętnych. Ale, że akurat do fenomenu polskich trybun, opinia publiczna powoli zaczyna się przyzwyczajać, podnoszenie tematu jest bezcelowe.
Gdyby przyszło mi do głowy wcielić się w rolę dziennikarza sportowego, tego może minimalnie bardziej zainteresowanego dyscypliną i mającego wiedzę o ilości małych i dużych kryształowych kul zdobytych przez Marit Bjoergen, dużo miejsca poświęciłabym poziomowi sobotnich zawodów. Szukałabym zapewne bokserskich porównań, w których Justyna Kowalczyk co nóż trafia swoje rywalki sierpowymi i podbródkowymi. Niczym jednak odkrywczym nie jest okraszenie tekstu słowami na „d” jak np. deklasacja czy degradacja. Analiz absolutnej doskonałości taktycznej Justyny Kowalczyk też było już dość.
Niestety, zamiast obiecanej relacji z pierwszych polskich zawodów Pucharu Świata w biegach narciarskich, notkę zamienię na ten koncertowo nieprofesjonalny i urągający wszelkim standardom kolaż zdjęć byle jakiej jakości.
Weekend w Szklarskiej Porębie przerósł mnie totalnie.

