RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

Aussie Open odc. 3 ostatni

29 sty

Jedno z bardziej banalnych sportowych porzekadeł traktuje o grze, 22 piłkarzach i Niemcach, którzy i tak na koniec wygrywają. Autorem tego bon motta jest ponoć Gary Lineker, były angielski napastnik, który z podziwu godną skutecznością, strzelał bramki Polakom. Lineker, gdyby interesował się tenisem, bezsprzecznie powiedziałby dziś, iż tenis to taka gra, w której dwóch Panów z rakietami biega za piłką, a na koniec i tak wygrywa Novak Djokovic.

Rzeczywistość tenisowa ostatnich miesięcy wskazuje bowiem, iż Serb zaprzedał dusze diabłu i diabeł ten czyni go niezwyciężonym, a może odnalazł kamień filozoficzny tenisa, zamieniający każde uderzenie w złoto. Być może, odpowiedzi należy jednak raczej szukać w odstawieniu glutenu oraz fenomenalnej formie, która w ciągu ostatniego roku doprowadziła Nole do rekordów wygranych meczy pod rząd (43), trzech tytułów wielkoszlemowych oraz pierwszego miejsca w rankingu ATP.

W rozpoczętym w Australii sezonie, będącym dla 24-ro letniego Serba prawdziwą próbą charakteru, do obrony ma on przecież ogromne zdobycze punktowe, Novak nie spuszcza z tonu. Kilka godzin temu zdobył pierwszy tytuł wielkoszlemowy, a co więcej, dokonał tego po niebyle jakim meczu: trwającym blisko 6 godzin dreszczowcu, którego prawdziwym zwycięzcą było widowisko, a beneficjentem kibice.

To najdłuższe w historii Australian Open spotkanie i prawdopodobnie jedne z bardziej zaciętych finałów tej imprezy ostatnimi laty, pokazał wszystkim niedowiarkom, wieszczącym, jeszcze przed szlemem, zbliżający się kryzys Serba. Tak zwane mądre głowy, twierdziły z przekonaniem, iż w obecnym sezonie, rozdygotany odpowiedzialnością jaką przynosi liderowanie rankingowi ATP, Djokovic wróci do charakteryzujących go przed laty praktyk, polegających na poddawaniu meczy pod pretekstem mniej, lub bardziej realnych kontuzji.
Pomylili się bardzo. Serb wydaje się jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej odporny na wahania formy meczowej, a co więcej jeszcze bardziej waleczny. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przechodził kryzysy fizyczne, które, bądź odbierały mu pojedyncze sety jak w przypadku meczu z Lleytonem Hewittem, czy też niebezpiecznie zbliżały doń rywala, jak w spotkaniu z Davidem Ferrerem. W każdym jednym przypadku, Novak Djokovic  kortowe emocje potrafił opanować i uruchamiając skryte pokłady sił, przesądzał mecze na swoją korzyść.

A sposób w jakim to zrobił w finale z Rafaelem Nadalem, zasługuje na oklaski. Słabnąc i gasnąc w oczach, stoczył ogromną walkę ze swoimi słabościami i z rywalem, który jak wszyscy dobrze wiemy, chłopcem do bicia na pewno nie jest. Rafa, choć okresami dominował, mądrze rozgrywając piłkę, tak aby Serba zadręczyć, i będąc naprawdę bardzo blisko końcowego triumfu, znów musiał uznać wyższość swojego arcyrywala. Przegrał z nim już siódme spotkanie pod rząd, co na pewno z „kompleksu Djokovica” go nie wyleczy.

Forma i styl wygrywania, zbliża Serba do postaci komiksowych, który zabity ucieka i w podartym kostiumie superbohatera wygrywa starcie. Barwna osobowość z dużym talentem estradowym i wręcz show biznesowym zacięciem, czyni z niego zupełnie nowy produkt dyscypliny, która raczej w rozgrywkach kobiecych, kreowała liczne, za przeproszeniem, celebrytki. Można chyba śmiało zacząć myśleć o Djokovicu jako o męskiej wersji Sereny Williams. Tylko musi jeszcze wygrać siedem wielkoszlemowych.tytułów

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Tenis

 

Umierająca sztuka konwersacji

26 sty

Kariera dziennikarza sportowego jest zapewne marzeniem co drugiego maluczkiego miłośnika sportu. Myśl o pracy polegającej na oglądaniu Eurosportu czy licznych Polsatów, darmowych wyjazdach na zawody, a co więcej, obcowaniu z ludźmi którzy zdają się orbitować w odległych galaktykach, nieosiągalnych dla mas jak Malbork dla najeźdźców, wydaje się być absolutnym szczytem marzeń i spełnieniem na miarę dotarcia Małysza na metę Rajdu Dakar.

Jak to jednak bywa z najbardziej niedostępnymi twierdzami, często zdobywają je osły.

Trudno bowiem inaczej określić nowy gatunek korespondentów i dziennikarzy, popisujących się na rozlicznych arenach sportowych wywiadami, za które należałoby ich karać czymś w rodzaju anty Pulitzera. W stronę zawodników kierują oni pytania, czy też pytania- twierdzenia, tak bardzo pozbawione treści, że słabiej przy nich wypada tylko brytyjska książka „O czym poza seksem myślą mężczyźni”. A to przecież dwieście pustych stron.

Prawdopodobnie najgorszym osiągnięciem tych pozbawionych wyobraźni sprawozdawców, jest pytanie nagminnie kierowane w stronę wygrywających biegi narciarek: „czy jesteś szczęśliwa ze zwycięstwa?”. Słysząc te pięć słów, zawsze gratuluję zawodnikom, którzy odpowiedzi nie podnoszą do góry brwi z niemym zapytaniem: „A jak się pani/panu wydaje?” Czy w którymkolwiek z istniejących wszechświatów, wygrana mogłaby sportowca zasmucić, doprowadzić do depresji, czy wręcz chęci rewizji swojej dotychczasowej kariery? Chociaż podziwiam ich za opanowanie, częściej jednak dominuje żal, iż na świecie nie ma więcej Sławomirów Drabików (pozbawionych problemów z alkoholem), który idiotyczne pytania kwitował adekwatnymi odpowiedziami. Oto kilka krążących w Internecie cytatów z tego pozbawionego wszelkich skrupułów, polskiego żużlowca:

Dziennikarz: „Slammer” jak pojedziesz w tym biegu?
Sławek: Standardowo najpierw prosto a potem trochę w lewo.

Dziennikarz: Jakie tory sprawiają Ci najwięcej trudności?
Sławek: Kwadratowe.

Dziennikarz: Niestety kontuzja nie pozwoliła Ci na start ale jesteś w parkingu i pomagasz swojej drużynie.
Sławek: E tam pomagam, raczej przeszkadzam przeciwnikom, przebijam opony i takie tam.

Największym osiągnięciem Drabika jest odpowiedź na pytanie o pracę motorów. Było to wszystko mówiące: Brrr- brym brym brymmm.

Korespondenci nie tylko bez refleksji powtarzają truizmy, ale popełniają też błędy znacznie poważniejsze. Do czołowych należy zaliczyć totalny, jak III Wojna Punicka, brak analizy wydarzeń i przebiegu rywalizacji. Bo jak inaczej niż zwyczajną ignorancją można nazwać np. pytanie zadane Justynie Kowalczyk przed ostatnim etapem Tour de Ski: „Kto w tym biegu będzie twoją największą rywalką?”

Równie bezsilnie opadają ręce, gdy dziennikarz nawet nie kusi się o zadawanie pytań, a rozpoczynając wywiad, stawia tezy tak oczywiste, że w zasadzie nie wymagające komentarza. Doskonale w tej roli wypadają korespondenci TVP, których maksimum inwencji prezentują zaczepiając zawodników po ich skokach i oczekując odpowiedzi, mówią: „Warunki są dziś bardzo trudne, wiatr mocno wieje, przeszkadzając wszystkim zawodnikom. Ciężko dziś oddać dalekie skoki”.

Wielokrotnie miałam wrażenie, iż idąc na łatwiznę, ci marni reporterzy demonstrują brak zainteresowania sportem, a ponieważ ciężko w to uwierzyć, zastanawiam się nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Czy to brak inteligencji czy może po prostu wyobraźni? A może chodzi o kiepskie metody rekrutacji tych wysyłanych w teren adeptów dziennikarstwa, którzy poza arenami sportowymi „obskakują” też pożary i korki na trasach międzymiastowych. Można tak wytłumaczyć, słabość pracowników stacji, nie zajmujących się jedynie sportem, a przecież nawet w Eurosporcie znajdą się przedstawiciele opisanej kategorii. A na brak wzorców raczej nie mogą narzekać. Wystarczy obejrzeć jeden, czy dwa wywiady pomeczowe w wykonaniu Jima Couriera, czyli byłego tenisisty, a obecnie specjalisty obsługującego między innymi Australian Open, aby nauczyć się sztuki zadawania pytań. Bo w gruncie rzeczy, pytanie wydaje się znacznie prostsze, niż udzielanie inteligentnych odpowiedzi.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Żurnaliści

 

Polska- Niemcy

25 sty

Przed meczem:

Być może świadczy to o nieuleczalnym optymizmie, być może wręcz o nonsensownym podejściu do życia. Całkiem możliwe że brakuje mi części mózgu, przez co nie do końca pojmuję otaczającą mnie rzeczywistość, ale postanowiłam wciąż wierzyć w awans do półfinału.

Po meczu:

Krzysztof Lijewski nie na darmo zbierał cięgi. Wygraliśmy !

Czterech bramek różnicy nie ma, ale dobra i ta jedna sierotka. Zawsze daje szansę, że znów arytmetyka i rywale będą po naszej stronie. Jakkolwiek karkołomnie to brzmi.
W takich chwilach jak ta, cała Polska jest żółto- niebieska. Do boju Szwedzi !

Po meczy Szwecja- Dania

Na nic się zdała wiara i oglądanie się na innych, kończymy turniej. Na szczęście polska reprezentacja ma dość duże szanse na grę w turniejach kwalifikacyjnych do Igrzysk Olimpijskich, nie wróci więc  z tych mistrzostw do bólu przegrana.

Co więcej, tegoroczne ME dały nam, kibicom, szansę poznać granice piłki ręcznej, gry w której 11 goli przewagi to za mało na zwycięstwo, a nerwowa końcówka nie jest ewenementem, a raczej aksjomatem. Dowiedzieliśmy się też, że nie jest tak tragicznie z naszymi młodymi zawodnikami: Kamil Syprzak w dzisiejszym meczu miał szansę pokazać się z doskonałej strony, a bramka którą rzucił z dwoma Niemcami uwieszonymi do jego ramienia, to z całą pewnością majstersztyk dyscypliny. Dobrze zaprezentowali się także Adam Wiśniewski oraz Zbigniew Kwiatkowski. Nie taka przyszłość czarna, jak ją starają się malować.

Widać jednak jak na dłoni, że polscy szczypiorniści mają problemy z koncentracją i są ofiarami wahań formy. Nagminnie przegrywane pierwsze połowy, doprowadzają do szału, wiedząc, do czego zdolni są w drugich odsłonach meczu. Zmiażdżenie Słowaków oraz rozniesienie Szwedów są najdoskonalszym przykładem tego, jak zbawienny wpływ na grę naszych piłkarzy mają pogadanki z Bogdanem Wentą w przerwie.

Polscy szczypiorniści choć nie zagrali najlepiej, choć nie wracają z medalem, mogą śmiało patrzeć na swoje odbicia w lustrze. Nawet jeśli powinni czuć skruchę, to na pewno nie wstyd. Mimo, że zabrakło umiejętności, czy czasem szczęścia, to ani na chwilę nie zabrakło waleczności.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Kibice, Szczypior

 

Polska- Macedonia

23 sty

Świętą sportową prawdą jest to, że gra się tak jak przeciwnik pozwala. Macedończycy nie dali nam odrobić strat. Nie ma więc wariackiego święta, z końcówką doprowadzającą do rozpaczy. Mamy nie najlepszy mecz w wykonaniu Polaków i zasłużoną przegraną.

Brak Sławomira Szmala jeszcze nigdy nie był tak dobitny. Ani Wichary, ani Wyszomirski nie mogli poradzić nic na szybkie macedońskie kontry. Kilka świetnych obron i ataków na wiwat w pierwszych dziesięciu minutach meczu nie wystarczyło, przewaga po pierwszej połowie okazała się być za duża.

Szkoda tylko, że to był po prostu brzydki mecz. Za dużo przepychanek i fauli, po obu stronach, a co gorsza bezwstydnych zagrań ze strony Bałkańczyków, którzy przewracali się przy każdym szarpnięciu i cierpieli przytuleni do podłogi. Tylko po to aby ugrać kilka sekund, tylko po to aby jeszcze bardziej nakręcać dziki tłum buczący za każdym razem gdy Polacy byli w posiadaniu piłki. Ostatnie minuty meczu i zmasowany atak na ręce i nogi polskie średniego poziomu meczu nie podniósł. Tak samo średniego jak praca sędziów, którzy jakby pod presją zebranego w hali tłumu, zbyt często oddawali piłkę naszym rywalom

Czuję niesmak,  jakby ktoś mnie oszukał, choć zdaję sobie sprawę, że w tym meczu polscy szczypiorniści byli po prostu słabsi.
Nie wygraliśmy, ale mogliśmy godnie przegrać.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Szczypior

 

O nierealności rzeczywistości

22 sty

Droga między Krakowem, a Tarnowem to trasa, którą pokonuję każdego tygodnia. Znam te 80 km. na pamięć, od lat nie potrzebuję podziwiać tego fragmentu Małopolski, co pozwala mi głęboko się zadumać nad ważkimi sprawami wszechświata.  Są to przemyślenia, w mniejszym stopniu dotyczące zagrożenia wojną USA- Iran, czy też raczej Iran- USA, kierując się futbolową logiką, w której gospodarza podaje się na pierwszej pozycji, a w większym niezmiennie zaskakującą mnie rzeczywistością sportową. I choć zdaję sobie sprawę iż bagatelizowanie pewnych zagadnień i przesadne skupienie się na czymś mikroskopijnie ważnym dla wspomnianego uniwersum, może wydawać się zwykłą lekkomyślnością, wręcz ułatwić sklasyfikowanie mnie jako osobę płytką i pozbawioną horyzontów, to będąc konsekwentną w swym mentalnym ekshibicjonizmie, przyznaję, iż to co ostatnio dzieje się w sporcie, zdumiewa mnie znacznie bardziej niż polityka.

No sami pomyślcie, czyż ten weekend przypadkiem nie wymyka się wszelkiej logice i możliwym racjonalizacjom?

1.    Mecz Polska- Szwecja.
Spotkanie na Mistrzostwach Europy, w którym szczypiorniści doprowadzili swoich sympatyków do dwóch stanów: złości zmieszanej ze zniechęceniem, a także niedowierzania pomieszanego z euforią. W pierwszej połowie wśród polskich kibiców dominowały te pierwsze, a szwedzkich te drugie. Minęła kilkunastominutowa przerwa i nagle złość zamieniła się z euforią. Być może nawet, mijając ją na Bałtyku i opuszczając granice Polski, by trafić do Skandynawii, przybiła euforii piątkę. To możliwe tak samo jak ostateczne rozstrzygnięcie.

Żaden racjonalny umysł nie jest w stanie uwierzyć w to co się stało, nikt o zdrowych zmysłach, takiego przebiegu nie byłby w stanie sobie wyobrazić. W najsilniej obsadzonym turnieju piłki ręcznej na świecie, naprzeciw siebie stają dwie utytułowane drużyny, walczące o półfinał imprezy. Przez trzydzieści minut, czwarta drużyna globu tłucze niemiłosiernie reprezentację Polski, nie pozwalając jej na nic. Gra fenomenalnie w obronie i hiper skutecznie w ataku. Podporę drużyny stanowi dwójka bramkarzy, nie pozwalających czerwonej piłce po rzutach Polaków „przekroczyć całym swoim obwodem odległość równa obwodowi piłki”. Wszystko mówiący wynik 20-9 wskazuje bezsprzecznie, iż w meczu ze Szwedami, Polacy którym przeszkadzało wszystko, z rąbkiem u spódnicy włącznie, o przyzwoitym wyniku, o punktach nie mówiąc, raczej powinni zapomnieć.

Wszyscy wiemy jak się skończyło, nikt jednak nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie: jak to było możliwe?

Czy to załamanie kontinuum wszechświata? Nagły zanik logiki zdarzeń przyczynowo- skutkowych? Dlaczego poukładana grająca drużyna, obnażająca wszystkie słabości swojego rywala, po przerwie wychodzi na boisko i wygrane spotkanie remisuje? Jak to możliwe, że Polacy tak wysoko przegrali pierwszą połowę, kiedy tego samego dnia byli też w stanie zagrać tak skutecznie? Czy na boisku były dwa komplety tych samych szczypiornistów, tylko jeden o kilka klas gorszy?

Nie próbuje nawet znaleźć odpowiedzi na te pytania. Jak każdy normalny kibic, pozostawiam te sprawy specjalistom. Drużynie Bogdana Wenty jestem jednak bardzo wdzięczna za poszerzanie ogólnej wiedzy na temat piłki ręcznej. Gdyby nie oni, nigdy do głowy nie przyszłoby mi, iż takie straty można odrobić. Być może właśnie to był cel naszej reprezentacji. Chcieli określić wielkość przewagi, z której nie można doprowadzić do remisu. Wiemy, że 11 bramek to za mało.

2.    Kolejne wygrane Justyny Kowalczyk
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, iż wygrane Justyny, ba istnienie takiej zawodniczki, jest czymś nieprawdopodobnym, wręcz nierealnym. Ta trwająca od lat seria, zaprzecza wszelkiej logice biegów narciarskich, które przez długie lata były domeną nacji skandynawskich, gdzie olbrzymie fundusze tworzyły idealne warunki do skutecznego treningu, a w efekcie zwycięstw na arenie międzynarodowej.

Pomijając fakt, iż Justyna Kowalczyk jest właściwie pucharową sierotką, bez żadnej koleżanki towarzyszącej jej na trasach biegów, i fakt, że biegi narciarskie zaczęła trenować, będąc już nastolatką, czyli kilka lat później niż każda Norweżka, Szwedka i Finka, to dwuletnia dominacja w Tour de Ski i trzy lata zakończone na najwyższym podium PŚ powinny się skończyć. Zgodnie ze wszelkim rachunkiem sportowego prawdopodobieństwa, taka przerwa w serii zwycięstw, winna się zdarzyć, gdy zawodniczka osiągnęła postawione cele, następnie swoją siłę potwierdziła. Co więcej nareszcie trafia się sezon, bez większych imprez, wzbudzających niezbędne do mobilizacji emocje.

Wszyscy wiemy, że dzieje się coś odwrotnego.

Justyna nie dość, że nie chce odpuścić, poluzować i nareszcie odpocząć, to wydaje się iż trenuje jeszcze bardziej zaciekle. Poszukując nowy metod przygotowań i zapraszając do współpracy Macieja Kreczmera, po raz kolejny dochodzi do nieprzyzwoicie wysokiej formy. Na trasach biegowych ogrywa jak chce niezwyciężoną do tej pory Marit Bjoergen, deklasuje resztę stawki i z radością opowiada o smarach swoich nart, jakby tylko one doprowadzały ją do zwycięstw.

Justyna Kowalczyk jest tak nonsensownie (w sensie alogiczności rzecz jasna) nieprawdopodobna, że trudno ją klasyfikować w tej samej kategorii co zwykli sportowcy. I choć jest bardzo prawdopodobnym, iż na koniec sezonu będę musiała uroczyście odszczekać przewidywania, że tym razem kryształowej kuli nie wygra, to nie tylko zrobię to z niedorzeczną przyjemnością, ale też z niedowierzaniem. Bo jak to możliwe, aby człowiek z krwi i kości był tak nieludzko, czy też nadludzko skuteczny?

 

Polska- Szwecja

21 sty

„Na stadionie nikt nie siedzi, nikt nie stoi – wszyscy stoją”

Powiedział kiedyś pan Zydorowicz. W słowo stadion dziś należałoby wpisać POLSKA.

Uderzanie w komputerowe klawisze sprawia mi  trudność, trzęsę się po meczu Polska- Szwecja jakbym przebiegała te 60 minut na belgradzkim boisku, albo zdobywała bieguny zimna. W trosce o serce i nerwy, boję się, że po tych mistrzostwach, będę musiała rzucić piłkę ręczną.

Nie ma co dziś dużo gadać, bo „ta radość jest niesamowita. Ludzie się bawią, tańczą się”

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Kibice, Szczypior

 

Polska- Dania

19 sty

Ostatni kwadrans meczu, wyglądałam tak:

za: http://www.factzoo.com/sites/all/img/mammals/tarsier.jpg

przypuszczam zresztą, jak większa cześć narodu polskiego…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Kibice, Szczypior