Jedno z bardziej banalnych sportowych porzekadeł traktuje o grze, 22 piłkarzach i Niemcach, którzy i tak na koniec wygrywają. Autorem tego bon motta jest ponoć Gary Lineker, były angielski napastnik, który z podziwu godną skutecznością, strzelał bramki Polakom. Lineker, gdyby interesował się tenisem, bezsprzecznie powiedziałby dziś, iż tenis to taka gra, w której dwóch Panów z rakietami biega za piłką, a na koniec i tak wygrywa Novak Djokovic.
Rzeczywistość tenisowa ostatnich miesięcy wskazuje bowiem, iż Serb zaprzedał dusze diabłu i diabeł ten czyni go niezwyciężonym, a może odnalazł kamień filozoficzny tenisa, zamieniający każde uderzenie w złoto. Być może, odpowiedzi należy jednak raczej szukać w odstawieniu glutenu oraz fenomenalnej formie, która w ciągu ostatniego roku doprowadziła Nole do rekordów wygranych meczy pod rząd (43), trzech tytułów wielkoszlemowych oraz pierwszego miejsca w rankingu ATP.
W rozpoczętym w Australii sezonie, będącym dla 24-ro letniego Serba prawdziwą próbą charakteru, do obrony ma on przecież ogromne zdobycze punktowe, Novak nie spuszcza z tonu. Kilka godzin temu zdobył pierwszy tytuł wielkoszlemowy, a co więcej, dokonał tego po niebyle jakim meczu: trwającym blisko 6 godzin dreszczowcu, którego prawdziwym zwycięzcą było widowisko, a beneficjentem kibice.
To najdłuższe w historii Australian Open spotkanie i prawdopodobnie jedne z bardziej zaciętych finałów tej imprezy ostatnimi laty, pokazał wszystkim niedowiarkom, wieszczącym, jeszcze przed szlemem, zbliżający się kryzys Serba. Tak zwane mądre głowy, twierdziły z przekonaniem, iż w obecnym sezonie, rozdygotany odpowiedzialnością jaką przynosi liderowanie rankingowi ATP, Djokovic wróci do charakteryzujących go przed laty praktyk, polegających na poddawaniu meczy pod pretekstem mniej, lub bardziej realnych kontuzji.
Pomylili się bardzo. Serb wydaje się jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej odporny na wahania formy meczowej, a co więcej jeszcze bardziej waleczny. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przechodził kryzysy fizyczne, które, bądź odbierały mu pojedyncze sety jak w przypadku meczu z Lleytonem Hewittem, czy też niebezpiecznie zbliżały doń rywala, jak w spotkaniu z Davidem Ferrerem. W każdym jednym przypadku, Novak Djokovic kortowe emocje potrafił opanować i uruchamiając skryte pokłady sił, przesądzał mecze na swoją korzyść.
A sposób w jakim to zrobił w finale z Rafaelem Nadalem, zasługuje na oklaski. Słabnąc i gasnąc w oczach, stoczył ogromną walkę ze swoimi słabościami i z rywalem, który jak wszyscy dobrze wiemy, chłopcem do bicia na pewno nie jest. Rafa, choć okresami dominował, mądrze rozgrywając piłkę, tak aby Serba zadręczyć, i będąc naprawdę bardzo blisko końcowego triumfu, znów musiał uznać wyższość swojego arcyrywala. Przegrał z nim już siódme spotkanie pod rząd, co na pewno z „kompleksu Djokovica” go nie wyleczy.
Forma i styl wygrywania, zbliża Serba do postaci komiksowych, który zabity ucieka i w podartym kostiumie superbohatera wygrywa starcie. Barwna osobowość z dużym talentem estradowym i wręcz show biznesowym zacięciem, czyni z niego zupełnie nowy produkt dyscypliny, która raczej w rozgrywkach kobiecych, kreowała liczne, za przeproszeniem, celebrytki. Można chyba śmiało zacząć myśleć o Djokovicu jako o męskiej wersji Sereny Williams. Tylko musi jeszcze wygrać siedem wielkoszlemowych.tytułów

