Au- revoir Bruce*

Hokej zaczęłam obserwować z miłości. Teraz z miłością go oglądam.  Ta druga miłość, to uczucie do najczystszego w swojej postaci pierwiastka męskości. Mówię o fenomenie, który zmuszał mężczyzn pierwotnych, jak uczą nas filmy okresu przedszkolnego, do rozbijania głów dinozaurom (najlepiej najeżoną kolcami maczugą) oraz zaciągania kobiet do jaskiń. Koniecznie za włosy. To właśnie ten gen wojownika, obecny w każdym szanującym się i szanowanym hokeiście, sprawia, że sport ma aromat potu, wygląd pola bitwy oraz atmosferę lunaparku.

Z tzw powodów obiektywnych coraz trudniej jest mi oczekiwać na godzinę ok. 1:00 w nocy, czyli czasy gdy tradycyjnie w naszej strefie czasowej zaczynają się spotkania NHL. Ta część doby sympatyczną być może dla nietoperzy, bezrobotnych oraz nocnych marków. Najbliżej mi do bezrobocia, bo przecież być nietoperzem jest we współczesnym świecie niebywale trudno, a duszą tradycyjnie tłuczącą się po piekle zwyczajnie nie chce zostać. Dlatego takie posiedzenia są coraz rzadsze. Do tego wystarczy dołożyć słabszą forma Aleksandra Owieczkina i moja mobilizacja jest niska jak poziom magnezu w zestresowanym organizmie. A to właśnie Aleks, a właściwie Sasza, co z uporem godnym maniaka ignorują wszyscy amerykańscy komentatorzy, jest głową i pięścią drużyny której kibicuję. Mowa rzecz jasna o Washington Capitals, czyli po prostu Stołecznym Waszyngton.

O samej grze nie wypada mi mówić, nie wspomniałam bowiem, że na hokeju się właściwie nie znam, dlatego też, aby uniknąć kompromitującej wpadki związanej z brakiem odpowiedniej wiedzy, skupię się na tym co znam najlepiej. Wcale nie będzie to obecność motywów dionizyjskich na starożytnych artefaktach. Od wielu lat bowiem więcej serca wkładam w kibicowanie i temu poświęcona będzie ta przydługa notka. Co więcej, jak wszyscy zaraz się przekonacie, fani drużyn NHL są co najmniej tak zwariowani jak liczni bohaterowie dramatów antycznych dotknięci klątwą Dionizosa.

Legenda Ośmiornicy z Detroit

Był rok 1952, a Detroit Red Wings, czyli jeden z najbardziej utytułowanych klubów NHL w historii ligi, walczył w play- offach Pucharu Stanleya. 15 kwietnia, niejacy bracia Cusimano zaopatrzeni w ośmiornicę, zabraną zapewne z własnego sklepu rybnego, udali się na The Old Red Barn, czyli stadion służący wtedy lokalnemu zespołowi. W czasach gdy USA rządził Harry S. Truman, ośmiornica miała w sposób naturalny i oczywisty kojarzyć się z ósemką zwycięstw potrzebnych w tej fazie turnieju. Raz rzucona na lód wraz z triumfalnym przesłaniem i zapowiedzią zwycięstwa (w finale Red Wings zmietli Montreal Canadians), zrobiła błyskawiczną karierę. Od tamtej pory właśnie te niezwykle sympatyczne i doskonałe na grillu owoce morza trafiają masowo na taflę lodowiska Detroit. Co więcej popularność ośmiornicy wykreowała ją na nieoficjalną maskotką klubu- Ala, który w dwóch kopiach (dziś bowiem w play- offach potrzeba 16 zwycięstw) podwieszany jest na krokwi Joe Luis Arena.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż oszałamiającą karierę zrobił też sklep Jerry’ego oraz Pete’a Cusimano na Eastern Market, a ośmiornice tam sprzedawanego być może zaliczano do rybnego odpowiednika grand cru.

Radość jaką daje rzucanie małych organizmów na lód szybko odkryli kibice innych drużyn. Na lodowisko zaczęły trafiać np. ryby, jak w roku 1996, po zdobytej przez New Jersey Devils bramce w meczu z Red Wings. Ryba wydaje się być produktem zgoła ubogim, jak na możliwości mieszkańców NJ. Chyba, że była to ryba Fugu. Niestety o tym już annały NHL nic nie mówią.

W roku 1996 na lodzie zaczęły pojawiać się też szczury. Podczas play- offów po każdym golu Florida Panthers, kibice tej drużyny miotali setkami gryzoni. Tym razem pluszowymi, nie żywymi. Wszystko z obawy przed epidemią tyfusu plamistego, hantawirusowego zespołu płucnego, gorączki krwotocznej itd. Był to hołd w stronę Scotta Edgara Mellanby, który miał jakoby zabić szczura w szatni Panter. Nikt kogo znam tego nie widział.  Jeśli jednak rzeczywiście miało to miejsce, z całą pewnością źle świadczy o dozorcach w BankAtlantic Center w Sunrise. Szczury nie spotkały się jednak z akceptacją tzw. góry. Oficjele uznali, iż taka ilość pluszu powodowała zbyt długie przerwy w grze. Legendy mówią, że w liście wystosowanym do władz klubowych znalazło się także zdanie: „To zabija ducha sportu. Podobnie jak powtórki video w footballu”**

Wyrafinowaniem w kwestii rzutów, górują jednak kibice San Jose Sharks, którzy od sezonu 2009/10 podczas ważnych spotkań z Detroit, na lód rzucają małe rekiny z ośmiornicą w paszczy.  Motyw ten później został wielokrotnie wykorzystany w strojach kibiców drużyny z Kalifornii, którzy rozpoczęli masową manufakturę kostiumów ukazujących rekina pożerającego inne hokejowe maskotki. Bądź pseudo- maskotki, jak na przykład psychodeliczne postaci green menów (czy aby na pewno ta odmiana jest dozwolona?!)

Green Man

Zielone Ludki to zwyczaj jeszcze raczkujący. Ten koszmarny morphsuit po raz pierwszy pojawił się nie tyle na hokejowej widowni, a podczas meczu footballu amerykańskiego. Pomysł na makabrycznie poruszającego się mężczyznę odzianego w lycrę podchwycił Rob McElhenney twórca serialu U nas w Filadelfii, który tę przedziwną postać umieścił w kilku epizodach swojej produkcji.

Green meni szybko się rozmnożyli- zapewne przez mitozę, zielone hominidy są bowiem identyczne- i musieli w końcu trafić także do hokeja. Ukochali sobie klub Vancouver Canucks, czyli drużynę, która w zeszłym sezonie rywalizowała w finale Pucharu Stanleya. Podgrzewali oni atmosferę w sposób tak samo kontrowersyjny jak i humorystyczny, przeszkadzając zawodnikom odbywającym karę w pełnej skupienia i wyrzutów sumienia pokucie. Absolutnym hitem był moment gdy kapitanowi Nashville Predators, Mike’owi Fisherowi do szklanej szyby przycisnęli kartonowy wizerunek jego małżonki Carrie Underwood ubranej w bluzę Canucks. W pomeczowych wywiadach Mike przyznał, że gdyby nie stawka i powaga meczu, z całą pewnością pocałowałby swoją ukochaną. To bardzo ładnie o nim świadczy.

Zieloni nie pomogli jednak Canucks zdobyć Pucharu. Wygrały Niedźwiedzie z Bostonu czyli zespół posiadający prawdopodobnie najdoskonalsze reklamówki. Te telewizyjne, a nie nylonowe.

Zanim jednak Bruins, top 5 akcji Zielonych Ludków:

Niedźwiedź brunatny z Bostonu

Chyba nie ma maskotki, którą można tak samo mocno kochać, jak i się jej obawiać. Strach odczuwać muszą wszyscy kibice łamiący reguły drużyny z Bostonu, która swoje przykazania w najbardziej dobitny sposób zaprezentowała na spotach reklamowych.

Wśród najważniejszych:

  1. Nie randkuj z kibicem drużyny z tej samej dywizji
  2. Nie wkładaj  bluzy (kibica) w spodnie
  3. Nie wychodź wcześniej, aby uniknąć tłoku
  4. Szanuj bluzę
  5. Miej zawsze gotowy taniec zwycięstwa

A oto Niedźwiedź we własnej groźnej osobie:



Wydaje się, iż bycie fanem Niedźwiedzi na pewno nie jest łatwe. Szczęśliwie, hokeiści Boston Bruins rekompensują ten niezwykle ostry regulamin kibicowania. Już sześć razy zdobyli Puchar Stanleya, a ostatni raz w zeszłym sezonie. Czapki z głów przed bostończykami!

Chapeau bas

Czapki także lądują niekiedy na lodzie. Wymagania: hat trick*** podczas meczu. Najlepiej ten klasyczny, co w hokeju oznacza trzy gole strzelone pod rząd. Co więcej, wiążą się także ze szlachetnym zwyczajem wśród samych hokeistów. Chodzi o tradycję oddawania na cele charytatywne czapek czy też kapeluszy przez strzelców hat tricka. To bardzo słuszne, na świecie są bowiem miliony dzieci pozbawionych nakryć głowy!

Ciekawostka: Najszybszy hat trick w hokeju to historia prawie antyczna. Miał on miejsce, czy też wydarzył się w legendarnym już roku 1952, kiedy to zawodnik Chicago Blackhawks, Bill Mosienko ustrzelił go w jedynie 21 sekund.

* Mowa o Brucie Boudreau, który pożegnał się w poniedziałek z pracą trenera Washington Capitals. Szkoda, bo w zeszłym roku kupił sobie nawet samochód z odpowiednim miejscem na Puchar Stanleya. Vide:

Od 28 listopada drużynę prowadzi Dale Hunter, niegdyś kapitan drużyny. Wszyscy kibice Capsów na pewno znają jego sylwetkę. Przede wszystkim sylwetkę w pozycji siedzącej- Dale jest bowiem rekordzistą ilości minut spędzonych na ławce kar w całej, calutkiej historii NHL.

** Źródeł brak, co o niczym nie świadczy.

*** Nazwa hat trick wywodzi się z krykieta, czyli tej zrozumiałej tylko przez Brytyjczyków i Hindusów wersji baseballa. W 1858 miało dojść do bezprecedensowego wydarzenia: zawodnik wyeliminował trzech pałkarzy za pomocą jedynie trzech rzutów. W zamian dostał nową czapkę oraz wiekuisty szacunek. Dziś hokeiści oraz piłkarze czapek za strzelenie trzech goli już nie dostają. Wielka szkoda, byłaby z tego ładna galeria.

8 przemyśleń na temat “Au- revoir Bruce*”

  1. Będę tu częściej wchodził

  2. ~Jacek pisze:

    Z ciekawością to przeczytałem

  3. ~The Bad Wolf pisze:

    No i Bruce znalazł nową pracę. Powodzenia!

    1. kaja.g pisze:

      może dzięki niemu Kaczory znów będą potężne!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook