RSS
 

Archiwum - Listopad, 2011

Gdy mi Ciebie zabraknie, gdy zabraknie mi Ciebie…

29 lis

Chyba niewielu zdziwiła informacja ze stajni nowego- starego zespołu Lotus- Renault, dotycząca zatrudnienia byłego mistrza świata Kimiego Raikkonena. Wiara w idylliczne scenariusze w których producent wyścigówki F1 z budżetem rzędu 200 mln euro, stawiającej sobie wysokie cele, będzie dalej zainteresowane posiadaniem kierowców miernych, tylko po to aby ocalić miejsce dla Roberta Kubicy i oczekiwać na jego wielki powrót, jest zwyczajnie niedorzeczna. Cierpliwość musi się kiedyś skończyć, szczególnie gdy wyczerpuje się wraz z zasobnością portfela. A nie ma w sporcie większych pieniędzy niż w wyścigach Formuły 1.

Brak miejsca w zespole przygotowującym się na kolejny sezon, przedłużająca się rehabilitacja i bardzo niepewna przyszłość- kontrakty innych zespołów jednoznacznie wykluczają obecność Roberta na torach wyścigowych przez najbliższy rok- pozwalają przypuszczać, że będziemy musieli przyzwyczaić się do mówienia o Kubicy jako o byłym kierowcy F1.  Szczególnie, że sam zainteresowany, nie tylko nie jest jeszcze w stanie pokazać się publicznie, ale sam nie wie kiedy będzie w stanie do sportu wrócić.

Słusznie, że czeka. Przyszycie odciętej ręki to nie jest wycięcie wyrostka robaczkowego czy amputacja zębów mądrości.

A co się stanie, jeśli Kubica do F1 już nie wróci?

  1. Polacy masowo przestaną oglądać wyścigi Formuły 1, uznając ten sport za nudny- oni się przecież tylko kręcą dookoła!
  2. Masowo też znienawidzą Kimiego Raikkonena, ciesząc się z każdego wypadku w którym Fin uczestniczył.
  3. Robert Kubica będzie licznie obrażany przez internautów forum onet.pl i nazywany żałosnym Polaczkiem, który zawsze był kierowcą słabym i pozbawionym polotu. Oczywiście nie mającym pojęcia o rajdach.
  4. GP Węgier zniknie z kalendarza- brak polskich kibiców poważnie uszczupli kasę imprezy i naszych braci od szabli i szklanki nie będzie zwyczajnie na nią stać.
  5. Każdy internauta posiadający prawo jazdy uzna siebie za bardziej od Kubicy utalentowanego
  6. Co miesiąc na portalach sportowy będzie się pojawiała informacja na temat tego do jakiego zespołu przejdzie Kubica w 2013 r i co miesiąc Ferrari będzie informowało, iż nie mają planów zatrudnienia Polaka.
  7. Formuła 1 zniknie z pasma otwartego Polsatu w niedzielne południa i zostanie zastąpiona przez program kulinarny.
  8. TVN zaprosi bezrobotnego Kubicę do kolejnej edycji Tańca z Gwiazdami. Robert grzecznie odmówi czym zyska sobie szacunek wśród fanów sportu. A wśród trolli internetowych kolejne niewybredne wpisy na forum onet.pl

Osobiście mam nadzieje, że wydarzy się tylko to ostatnie.

 

Au- revoir Bruce*

28 lis

Hokej zaczęłam obserwować z miłości. Teraz z miłością go oglądam.  Ta druga miłość, to uczucie do najczystszego w swojej postaci pierwiastka męskości. Mówię o fenomenie, który zmuszał mężczyzn pierwotnych, jak uczą nas filmy okresu przedszkolnego, do rozbijania głów dinozaurom (najlepiej najeżoną kolcami maczugą) oraz zaciągania kobiet do jaskiń. Koniecznie za włosy. To ten gen właśnie wojownika, obecny w każdym szanującym się i szanowanym hokeiście, sprawia, że sport ten ma aromat potu, wygląd pola bitwy oraz atmosferę lunaparku.

Z tzw. powodów obiektywnych coraz trudniej jest mi oczekiwać na godzinę ok. 1:00 w nocy, czyli czasy gdy tradycyjnie w naszej strefie czasowej zaczynają się spotkania NHL. Ta część doby sympatyczną być może dla nietoperzy, bezrobotnych oraz nocnych marków. Najbliżej mi do bezrobocia, bo przecież nietoperzem jest  być we współczesnym świecie niebywale trudno, a duszą tradycyjnie tłuczącą się po piekle zwyczajnie nie chce zostać. Dlatego takie posiedzenia są coraz rzadsze. Do tego wystarczy dołożyć słabszą forma Aleksandra Owieczkina i moja mobilizacja jest niska jak poziom magnezu w zestresowanym organizmie. A to właśnie Aleks, a właściwie Sasza, co z uporem godnym maniaka ignorują wszyscy amerykańscy komentatorzy, jest głową i pięścią drużyny której kibicuję. Mowa rzecz jasna o Washington Capitals, czyli po prostu Stołecznym Waszyngton.

O samej grze nie wypada mi mówić, nie wspomniałam bowiem, że na hokeju się właściwie nie znam, dlatego też, aby uniknąć kompromitującej wpadki związanej z brakiem odpowiedniej wiedzy, skupię się na tym co znam najlepiej. Wcale nie będzie to obecność motywów dionizyjskich na starożytnych artefaktach. Od wielu lat bowiem więcej serca wkładam w kibicowanie i temu poświęcona będzie ta przydługa notka. Co więcej, jak wszyscy zaraz się przekonacie, fani drużyn NHL są co najmniej tak zwariowani jak liczni bohaterowie dramatów antycznych dotknięci klątwą Dionizosa.

Legenda Ośmiornicy z Detroit

Był rok 1952, a Detroit Red Wings, czyli jeden z najbardziej utytułowanych klubów NHL w historii ligi, walczył w play- offach Pucharu Stanleya. 15 kwietnia, niejacy bracia Cusimano zaopatrzeni w ośmiornicę, zabraną zapewne z własnego sklepu rybnego, udali się na The Old Red Barn, czyli stadion służący wtedy lokalnemu zespołowi. W czasach gdy USA rządził Harry S. Truman, ośmiornica miała w sposób naturalny i oczywisty kojarzyć się z ósemką zwycięstw potrzebnych w tej fazie turnieju. Raz rzucona na lód wraz z triumfalnym przesłaniem i zapowiedzią zwycięstwa (w finale Red Wings zmietli Montreal Canadians), zrobiła błyskawiczną karierę. Od tamtej pory właśnie te niezwykle sympatyczne i doskonałe na grillu owoce morza trafiają masowo na taflę lodowiska Detroit. Co więcej popularność ośmiornicy wykreowała ją na nieoficjalną maskotką klubu- Ala, który w dwóch kopiach (dziś bowiem w play- offach potrzeba 16 zwycięstw) podwieszany jest na krokwi Joe Luis Arena.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż oszałamiającą karierę zrobił też sklep Jerry’ego oraz Pete’a Cusimano na Eastern Market, a ośmiornice tam sprzedawanego być może zaliczano do rybnego odpowiednika grand cru.

Radość jaką daje rzucanie małych organizmów na lód szybko odkryli kibice innych drużyn. Na lodowisko zaczęły trafiać np. ryby, jak w roku 1996, po zdobytej przez New Jersey Devils bramce w meczu z Red Wings. Ryba wydaje się być produktem zgoła ubogim, jak na możliwości mieszkańców NJ. Chyba, że była to ryba Fugu. Niestety o tym już annały NHL nic nie mówią.

W roku 1996 na lodzie zaczęły pojawiać się też szczury. Podczas play- offów po każdym golu Florida Panthers, kibice tej drużyny miotali setkami gryzoni. Tym razem pluszowymi, nie żywymi. Wszystko z obawy przed epidemią tyfusu plamistego, hantawirusowego zespołu płucnego, gorączki krwotocznej itd. Był to hołd w stronę Scotta Edgara Mellanby, który miał jakoby zabić szczura w szatni Panter. Nikt kogo znam tego nie widział.  Jeśli jednak rzeczywiście miało to miejsce, z całą pewnością źle świadczy o dozorcach w BankAtlantic Center w Sunrise. Szczury nie spotkały się jednak z akceptacją tzw. góry. Oficiele uznali, iż taka ilość pluszu powodowała zbyt długie przerwy w grze. Legendy mówią, że w liście wystosowanym do władz klubowych znalazło się także zdanie: „To zabija ducha sportu. Podobnie jak powtórki video w footballu”**

Wyrafinowaniem w kwestii rzutów, górują jednak kibice San Jose Sharks, którzy od sezonu 2009/10 podczas ważnych spotkań z Detroit, na lód rzucają małe rekiny z ośmiornicą w paszczy.  Motyw ten później został wielokrotnie wykorzystany w strojach kibiców drużyny z Kalifornii, którzy rozpoczęli masową manufakturę kostiumów ukazujących rekina pożerającego inne hokejowe maskotki. Bądź pseudo- maskotki, jak na przykład psychodeliczne postaci green menów (czy aby na pewno ta odmiana jest dozwolona?!)

Green Man

Zielone Ludki to zwyczaj jeszcze raczkujący. Ten koszmarny morphsuit po raz pierwszy pojawił się nie tyle na hokejowej widowni, a podczas meczu footballu amerykańskiego. Pomysł na makabrycznie poruszającego się mężczyznę odzianego w lycrę podchwycił Rob McElhenney twórca serialu U nas w Filadelfii, który tę przedziwną postać umieścił w kilku epizodach swojej produkcji.

Green meni szybko się rozmnożyli- zapewne przez mitozę, zielone hominidy są bowiem identyczne- i musieli w końcu trafić także do hokeja. Ukochali sobie klub Vancouver Canucks, czyli drużynę, która w zeszłym sezonie rywalizowała w finale Pucharu Stanleya. Podgrzewali oni atmosferę w sposób tak samo kontrowersyjny jak i humorystyczny, przeszkadzając zawodnikom odbywającym karę w pełnej skupienia i wyrzutów sumienia pokucie. Absolutnym hitem był moment gdy kapitanowi Nashville Predators, Mike’owi Fisherowi do szklanej szyby przycisnęli kartonowy wizerunek jego małżonki Carrie Underwood ubranej w bluzę Canucks. W pomeczowych wywiadach Mike przyznał, że gdyby nie stawka i powaga meczu, z całą pewnością pocałowałby swoją ukochaną. To bardzo ładnie o nim świadczy.

Zieloni nie pomogli jednak Canucks zdobyć Pucharu. Wygrały Niedźwiedzie z Bostonu czyli zespół posiadający prawdopodobnie najdoskonalsze reklamówki. Te telewizyjne, a nie nylonowe.

Zanim jednak Bruins, top 5 akcji Zielonych Ludków:

http://www.youtube.com/watch?v=XSvHHlQtFvs&feature=related

Niedźwiedź brunatny z Bostonu

Chyba nie ma maskotki, którą można tak samo mocno kochać, jak i się jej obawiać. Strach odczuwać muszą wszyscy kibice łamiący reguły drużyny z Bostonu, która swoje przykazania w najbardziej dobitny sposób zaprezentowała na spotach reklamowych.

Wśród najważniejszych:

  1. Nie randkuj z kibicem drużyny z tej samej dywizji
  2. Nie wkładaj  bluzy (kibica) w spodnie
  3. Nie wychodź wcześniej, aby uniknąć tłoku
  4. Szanuj bluzę
  5. Miej zawsze gotowy taniec zwycięstwa

 

A oto Niedźwiedź we własnej groźnej osobie:

http://www.youtube.com/watch?v=WCVdBHRJvhM&NR=1

Wydaje się, iż bycie fanem Niedźwiedzi na pewno nie jest łatwe. Szczęśliwie, hokeiści Boston Bruins rekompensują ten niezwykle ostry regulamin kibicowania. Już sześć razy zdobyli Puchar Stanleya, a ostatni raz w zeszłym sezonie. Czapki z głów przed bostończykami!

Chapeau bas

Czapki także lądują niekiedy na lodzie. Wymagania: hat tick*** podczas meczu. Najlepiej ten klasyczny, co w hokeju oznacza trzy gole strzelone pod rząd. Co więcej, wiążą się także ze szlachetnym zwyczajem wśród samych hokeistów. Chodzi o tradycję oddawania na cele charytatywne czapek czy też kapeluszy przez strzelców hat tricka. To bardzo słuszne, na świecie są bowiem miliony dzieci pozbawionych nakryć głowy!

Ciekowostka: Najszybszy hat trick w hokeju to historia prawie antyczna. Miał on miejsce, czy też wydarzył się w legendarnym już roku 1952, kiedy to zawodnik Chicago Blackhawks, Bill Mosienko ustrzelił go w jedynie 21 sekund.

 

* Mowa o Brucie Boudreau, który pożegnał się w poniedziałek z pracą trenera Washington Capitals. Szkoda, bo w zeszłym roku kupił sobie nawet samochód z odpowiednim miejscem na Puchar Stanleya. Vide: http://www.youtube.com/watch?v=skrRyKXbSKY&feature=related

Od 28 listopada drużynę prowadzi Dale Hunter, niegdyś kapitan drużyny. Wszyscy kibice Capsów na pewno znają jego sylwetkę. Przede wszystkim sylwetkę w pozycji siedzącej- Dale jest bowiem rekordzistą ilości minut spędzonych na ławce kar w całej, calutkiej historii NHL.

 

** Źródeł brak, co o niczym nie świadczy.

 

*** Nazwa hat trick wywodzi się z krykieta, czyli tej zrozumiałej tylko przez Brytyjczyków i Hindusów wersji baseballa. W 1858 miało dojść do bezprecedensowego wydarzenia: zawodnik wyeliminował trzech pałkarzy za pomocą jedynie trzech rzutów. W zamian dostał nową czapkę oraz wiekuisty szacunek. Dziś hokeiści oraz piłkarze czapek za strzelenie trzech goli już nie dostają. Wielka szkoda, byłaby z tego ładna galeria.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Kibice, Winter wonderland

 

Zima, zima, zima…

27 lis

Stało się. Przyszła zima. Pierwsza zima bez niedzielnego rosołu z Adamem Małyszem. Cały wietrzny weekend w Kuusamo, liczyliśmy pełni nadziei, że kiedy wreszcie będzie można skakać i Adama zobaczymy na skoczni. Pewnie nie tylko ja, we wstydliwych zakamarkach swojego jestestwa, miałam nadzieję, że tak na prawdę Małysz tylko żartował, że w lecie zrobił sobie dłuższe wakacje, że zwyczajnie jesienią się pojawi.

Nie pojawił się.

I nie dość, że się pojawił, to jeszcze zrobił to wielkim stylu. Nie oddał dwóch równych skoków, nie zakończył konkursu w okolicach podium.  Nie był „pewnym punktem drużyny” na którego z żalem wszyscy zawsze czekaliśmy, wiedząc, że tylko on tę drużynę wyprowadzi z błota w którym reszta się topiła.

Jedno jest więc już jasne- Adam Małysz skończył ze skakaniem. Zostawił nas, osierocił gorzej niż osierocił Jose Mourinho którąkolwiek ze swoich drużyn, jak wszyscy ojcowie wszystkich Kopciuszków. Jak uboga matka w czasach wojny oddająca swoje dzieci na „cudze” wychowanie, tylko po to aby nie pomarły z głodu i wyszły na, tak zwanych, ludzi.

Dziś na usta cisną się słowa górnolotne, pełne powagi, smutku oraz goryczy. Dziś nawet wiersze Norwida zdają się mieć sens:

Czy widziałeś sieroty, co w nabrzmiałym oku

Gwałtem budzą wesołość, a ta, wysilona,

Na chwilę tylko błyśnie i po chwili kona,

Zanurzając się w łoże chmurnego obłoku?

Biedne dzieci! szczęśliwe, jeśli przy nich czasem

Ktoś o zmarłych rodzicach napomknie nawiasem,

Bo wtedy w młode serca taka lubość płynie,

Jak w lilie, które zaraz otwierają usta,

Skoro promień słoneczny spod chmur się wywinie.

Więcej nie będę cytować, bo dalej robi się tylko gorzej.

Bez Adama zima już nie będzie tak biało, za przeproszeniem czerwona. Warto też dodać, iż oprócz niego brakuje co najmniej kilku skoczków do których nie tylko się już udało przyzwyczaić, jak do Andersa Jakobsena, który jak informowały ostatnio serwisy sportowe, przygotowuje się do nordyckiej wersji potańcówek na ekranie, a także takich, których część naszych kibiców w sposób obrazoburczy uwielbiała. Jak Janne Ahonnen.  Znałam kiedyś człowieka, i biorę pełnie odpowiedzialność za swe słowa, który na bicepsie wytatuował sobie portret Janne. Młodość durna i chmurna!

To raczej na pewno będzie wielka zima nieobecności.

Ponieważ w ostatni zły czwartek polscy siatkarze chyba nareszcie nauczyli mnie nie przesadzać  z entuzjazmem, nie powiem nic na temat Kamila Stocha. A gdy myślałam jeszcze w środę o początku Pucharu Świata w skokach narciarskich myślałam bardzo odważnie: Umarł król, niech żyje król!

Dziś, idąc za poetyckim ciosem, powtórzę tylko za J. Gaarderem:

Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę. Nazywamy je nadzieją.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Winter wonderland

 

Zły to czwartek

24 lis

O dzisiejszym meczu Polska- Iran mam do powiedzenia tyle:

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Siatkówka

 

„Więcej treści, a mniej sztuki”

23 lis

Bohdan Tomaszewski jest legendą dziennikarstwa sportowego. Jego przeciągłe samogłoski oraz miękkie spółgłoski znają wszyscy miłośnicy tenisa, widzowie Polsatu Sport, Telewizji Polskiej, słuchacze Polskiego Radia oraz współpowstańcy z 1944 roku. Trudno mówić o nim źle, byłoby to nieeleganckie i niesportowe, bardzo nie w stylu Pana Bohdana. Prymitywny, współcześnie legendarny cios poniżej pasa. Przemilczę więc dyplomatycznie jego nieco już nużącą flegmę oraz lekko oratorski styl, bo de paene mortuis nihil nisi bene. Tak naprawdę skupić chciałabym się na aspekcie życia p. Tomaszewskiego, zgoła prywatnym. Ojcostwie.

Tomasz Tomaszewski to pokrzywdzony na chrzcie syn swojego ojca. XX wieczny, polski odpowiednik Gerrit Gerritszoona, dobrze znanego dzięki programowi wymiany studenckiej, pozwalającym młodym adeptom nauk poznanie smaku wódki w całej Europie. Kiedyś model, kiedyś aktor, dziennikarz. Dziś przede wszystkim pracownik Polsatu Sport oraz redaktor magazynu Tenis.  Tak, specjalizuje się w tym samym sporcie co jego ojciec- rodziciel.

Biorąc jednak pod uwagę atmosferę meczu ATP World Tour Final (dawnego Mastersa) najlepszych polskich deblistów z parą Mirnyj/Nestor, Pan Bohdan być może uznaje Pana Tomasza za dyletanta. No chyba, że zwyczajnie swojego pierworodnego nie lubi.

Podczas wspomnianego spotkania nie dało się nie zauważyć przesadnie licznych, przysłowiowych pstryczków w przysłowiowy nos ze strony Pana- ojca. Wypominał Panu- synowi przesadne komplikowanie sytuacji, czy też wypowiadanie się w sposób niezrozumiały. Dużo w tym było belfrowskiego tonu i przykrych upomnień. Od razu można było wyczuć specyficzną anty-dynamikę kontaktów ojca- znawcy z synem- uzurpatorem wiedzy. Tomaszewski Junior pozostał jednak całkowicie niewzruszony, nawet gdy senior wrzucił go do worka „tych młodych” którzy nadużywają pewnych słów- wytrychów. Choć każdy 55 latek ucieszyłby się słysząc, że jest młody, w tym wypadku brzmiało to całkiem nie jak komplement. Bardziej jak siarczysty policzek w stylu muszkieterów z powieści Dumasa. A oni nie dawali sobie po gębach z byle powodu.

Tomasz Tomaszewski, mimo werbalnych ciosów, przetrwał bez kontry. Widać przywykł.

Nie było to przyjemne. Nie było to subtelne. Było za to nieeleganckie i niesportowe.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Tenis, Żurnaliści

 

Siatkówka mojego życia

21 lis

Nie mogłabym wybrać innej dyscypliny na historyczny początek bloga, niż sport od którego liczę też historię mojego szaleństwa.

Wg. Słownika PWN szaleństwo to:

1. postępowanie wykraczające poza przeciętne normy, zwyczaje

2. stan psychiczny człowieka niepanującego nad sobą

3. choroba umysłowa

4. hulanka, zabawa

Oglądając sport rzadko nad sobą panuję, ponad przyjętą normę krzyczę, piszczę, niekiedy kopię bądź rzucam rzeczami. Inne ulegają destrukcji z przyczyn zbliżonych do psychokinetycznych.

Ale tak naprawdę najbardziej to się bawię. Najlepiej właśnie na siatkówce.

To przez siatkówkę po raz pierwszy płakałam z powody porażki i to siatkówka doprowadzała mnie, doprowadza i doprowadzać będzie do stanu którego określić można tylko w terminologii kardiologicznej.  Dziś znów niebezpiecznie zbliżyłam się do stanu przedzawałowego.

Powód: mecz PŚ: Polska vs Serbia, czyli siatkarski odpowiednik pojedynku Sherlocka Holmesa z Profesorem Moriartym, bogów olimpijskich z Tytanami, Kojota i Strusia Pędziwiatra czy ewentualne starcie Kuby Rozpruwacza z Tedem Bundy’im. Nie ma sensu rozstrzygać kim w tych układach byłaby reprezentacja Polski, szczególnie w przypadku niemożliwego do przesądzenia pojedynku seryjnych morderców. W spotkaniach z Serbami bowiem, Polscy siatkarze nieraz przypominają Olimpijskich bogów, choć nie rzadziej biednego kojota po raz setny rozjechanego przez pędzącego Strusia. Czasem obie drużyny po prostu wypruwają sobie nawzajem flaki. A potem spadają do wodospadu Reichenbach.
Dziś nasza drużyna narodowa zbliżyła się do wizerunku bogów. Przede wszystkim na czas drugiego i trzeciego seta.

O pierwszym nie warto pisać- małe problemy z kontrami, szczypta braku skupienia i nieco za dużo błędów własnych. W efekcie przegrana końcówka, czyli jednym słowem, set zaliczany do olbrzymiego zbiory wyczynów pozbawionych historii, choć z etykietą „grali dobrze, ale przegrali”.

Drugi i trzeci to już inna bajka. To legenda o zawodnikach spełniających założenia taktyczne, oczywiste na to spotkanie: nic na siłę, walczących na najwyższym poziomie poświęcenia (oprócz siebie, poświęcają także infrastrukturę hali w Nagoya, jak np. Michał Kubiak wskakujący na/za stolik sędziów technicznych) i wykorzystujących swoje największe atuty, w tym boiskową inteligencję. Inteligencję Pawła Zagumnego przede wszystkim. Kiedy do tego dodamy ogromną, wręcz kompulsywna skuteczność Zbyszka Bartmana, dwie obrony stopami w jednej akcji, które powinny zapewnić naszym siatkarzom miejsce w defensywnie na Euro2012, to mamy drużynę nie do pokonania i szczęśliwe zakończenia: 25-18 i 25-19.

Czwarty, ostatni set to dreszczowiec w stylu Hitchcocka i może nie tyle chodzi o trzęsienie ziemi na początek, co o stale wzrastające napięcie. Polacy to wychodzili na prowadzenie, to je tracili, aby po chwili znów wyrównać. Spokojnie można to śledzić przy stanie 13-10, nieco trudniej zachować zimną krew gdy na tablicy widnieje 25-26, a set balla mają Serbowie. Skończyło się jednak dobrze, ba, doskonale! Dwie techniczne zagrywki Zagumnego, dwa bloki w końcówce i mamy zwycięstwo nad Mistrzami Europy oraz komplet punktów po pierwszych spotkaniach. Dłonie bolą od oklasków.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Siatkówka

 

Na dobry początek

21 lis

Kobiet nikt nie pyta o sport. Niby to nie ma sensu, bo nie mają swojego zdania tylko powtarzają to co słyszą od ojca, brata czy partnera, niby nie wiedzą na czym polega spalony, bo to przecież taka wiedza magiczna, którą posiąść mogą  tylko właściciele członka.

Ja wiem co to offside, a F1 nie kojarzy mi się z Nicole Scherzinger i tym jej chłopakiem kierowcą. Nie zastanawiam się przesadnie dużo nad urodą sportowców, choć szczerze wyznać muszę moją długoletnią platoniczną miłość do Mattiego Hautamäkiego, za którym bezwstydnie latałam podczas pierwszych wizyt na konkursach skoków. Przyznaję się też do tygodnia płaczu po śmierci Arka Gołasia i godzin w pociągu do Częstochowy, tylko po to aby pożegnać się z siatkarzem, który pewnie dziś niszczyłby wysokością ataku nawet samego Kazakowa. Patrzenie na Novaka Djokovica jest przyjemnością nie dlatego, że wyobrażam go sobie w mojej kuchni, robiącego rano jajecznicę, ale dlatego, że od zawsze podejrzewałam, że będzie tym kto zniszczy Nadala. Bo akurat na Nadala nie mogę patrzeć, chyba że właśnie przegrywa.

Ponieważ większość czasu spotykam się ze zdziwieniem i niedowierzaniem gdy wspomnę godziny wlepiania oczu w Eurosport czy Polsat Sport, pomyślałam, aby gdzieś dać upust bulgoczącej we mnie potrzebie wyrażania opinii. Nie jestem znawcą sportu, moja wiedza jest fragmentaryczna, wręcz amatorska, trudno więc traktować ten blog jako centrum informacji.  Świata pewnie nim nie zdobędę, nie mówiąc już o blogowym odpowiedniku Nagrody Pulitzera (jeśli takowy w ogóle istnieje). Sport jednak kocham i to czego mnie przede wszystkim nauczył to to, że jest dla wszystkich. Nawet 25-cio letnich panienek z dobrego domu.