RSS
 

Obiecanki Cacanki

20 lut

W dniu każdej istoty ludzkiej zdarzają się takie dni, takie momenty, gdy brakuje słów. Mowa nie wydaje się odpowiednim narzędziem wyrażania emocji, słowa brzmią albo zbyt śmiesznie, albo zbyt górnolotnie. Nie pasują jak majtki z rozciągniętą gumką, uwierają jak szwy starych spranych jeansów.

Dziś czuję się jakbym ubrała obydwie części niewygodnej garderoby. Ani język ani palce, teoretycznie nawykłe do odpowiedzialności za istnienie tego bloga, nie są w stanie podźwignąć ciężaru sportowego weekendu w Szklarskiej Porębie. Z jednej strony bowiem chciałoby się tylko mówić górnolotnie, z drugiej jednak, wszystkie słowa ukwiecone homeryckimi epitetami, wyświechtane i oklepane są jak 30-sto letni koń na Dzikim Zachodzie. Powtarzanie komunałów i powielanie frazesów nie wnosi niczego, a próba sprowadzenia zawodów w Szklarskiej Poręby do statystycznej relacji jest mniej naturalne niż biust Pameli Anderson.

Siląc się na publicystyczne ambicje, mogłabym pójść śladem każdego portalu sportowego, para- sportowego i niesportowego i pisać o atmosferze zawodów.  W sprawie tej wypowiadali się wszyscy pytani i zainteresowany, niekiedy też ci niezainteresowani, a co gorsza niepytani. We wszystkich językach odmieniano przymiotnik „fantastyczna”, podkreślano wagę dopingu totalnego, uniezależnionego od kraju pochodzenia, sympatii indywidualnych, a także odseparowanego od wykreowanych kontrowersji. Tak naprawdę było jak zawsze na polskich trybunach, gdy na te patrzy cały świat. Nasza narodowa potrzeba pozytywnego zaistnienia w świadomości międzynarodowej i tym razem nie zawiodła, kilka tysięcy kibiców dopingujących na Polanie Jakuszyckiej po raz kolejny zapracowało miano nieprzeciętnych. Ale, że akurat do fenomenu polskich trybun, opinia publiczna powoli zaczyna się przyzwyczajać, podnoszenie tematu jest bezcelowe.

Gdyby przyszło mi do głowy wcielić się w rolę dziennikarza sportowego, tego może minimalnie bardziej zainteresowanego dyscypliną i mającego wiedzę o ilości małych i dużych kryształowych kul zdobytych przez Marit Bjoergen, dużo miejsca poświęciłabym poziomowi sobotnich zawodów. Szukałabym zapewne bokserskich porównań, w których Justyna Kowalczyk co nóż trafia swoje rywalki sierpowymi i podbródkowymi. Niczym jednak odkrywczym nie jest okraszenie tekstu słowami na „d” jak np. deklasacja czy  degradacja. Analiz absolutnej doskonałości taktycznej Justyny Kowalczyk też było już dość.

Niestety, zamiast obiecanej relacji z pierwszych polskich zawodów Pucharu Świata w biegach narciarskich, notkę  zamienię na ten koncertowo nieprofesjonalny i urągający wszelkim standardom kolaż zdjęć byle jakiej jakości.

Weekend w Szklarskiej Porębie przerósł mnie totalnie.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Winter wonderland

 

Do Szklarskiej by się szło!

15 lut

Za chwil kilka ruszam w podróż długą, krętą oraz sądząc po warunkach atmosferycznych oraz tonach śniegu, które zaatakowały Polskę, także niebezpieczną. Zmierzam do Szklarskiej Poręby, aby uczestniczyć w historycznym debiucie naszego kraju jako organizatora zawodów FIS w biegach narciarskich. Jak każdy przeciętny kibic, doczekać się nie mogę, tym bardziej, że od tygodnia przygotowywałam na wydarzenie gardło. Za punkt honoru stawiam sobie bycie najgłośniejszym kibicem na trybunach. Głośnym, ale kulturalnym. Mam nadzieję że z podobnym nastawieniem do Szklarskiej Poręby zmierzają inni kibice- sport ma bowiem łączyć w okół idei, nie przeciw.

A po weekendzie, oczekiwać możecie relacji. Rzewnej i emocjonalnej- nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej!

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Winter wonderland

 

Dlaczegoś tenisie nie poszedł tę drogą?

14 lut

Obejrzawszy, koniecznie i nieodzownie w imiesłowie przysłówkowym uprzednim, mecz Łukasza Kubota z Aleksandrem, czy też Ołeksandrem Dołgopołowem, po raz 179 (+- 121) zadałam sobie powyższe pytanie. Mecz Polaka z ukraińskim tenisistą, będący dopiero spotkaniem I rundy turnieju w Rotterdamie, trafił bowiem w moje gusta kompletnie. Nie mogło być inaczej, był przecież całkowitą odwrotnością święcącego triumfy stylu defensywnego, odgrywanego daleko za linią końcową kortu. A przecież lista spotkań, podczas których zawodnicy nie boją się podejść do siatki jest przecież, jest krótsza niż Czerwona Księga IUCN.

Łukasz Kubot po raz kolejny pokazał, że nie boi się wysoko rozstawionych rywali. Gdy trafia na przeciwnika grającego tenis techniczny, w którym o błędy łatwiej, niż podczas gry cofniętej na tyły, nasz zawodnik jest w stanie zaprezentować pełnię swojego wyszkolenia, hiper- ofensywną grę opartą na inteligencji i świetnym wyczuciu geometrii kortu.

Spotkanie, w którym obydwaj gentelmani co nóż kończyli wymianę winnerami, gromadząc ich podczas jednego seta więcej niż niekiedy w całym meczu kobiecym, było niewątpliwie sympatyczną odmianą od pojedynków wybieganych. Czy wręcz „wybiegiwanych”. I nawet stosunkowo częste niewymuszone błędy nie psuły pozytywnego wrażenia ofensywnego meczu z licznymi wymianami przy siatce.

Wygrana Polaka z rozstawionym z numerem 19 Dołgopołowem to w gruncie rzeczy wisienka na torcie czystej przyjemności- bez niej mecz byłby nieco tylko mniejszą radością. Łukasz Kubot, nawet w przegranym pierwszym secie, sprawiał wrażenie zawodnika stanowczo bardziej opanowanego, kontrolującego swoją grę, zdecydowanego. O przegranej w tie breaku zadecydowały jak zwykle błędy. Gdyby nie zbyt duża nieuwaga podczas serwisu  i przesadnie lekkomyślne przenoszenie akcji pod siatkę, mogliśmy oglądać mecz znacznie krótszy.  Może i dobrze, że przyjemność trwała dłużej. Nie wiadomo kiedy zobaczymy dwóch zawodników z takim repertuarem zagrań ofensywnych.

W kolejnej rundzie naprzeciw Polaka stanie zwycięzca meczu Sijsling kontra Nieminen. Obydwaj są w absolutnym zasięgu Kubota- Holender dopiero puka do bram ATP, a Fin, choć raz z Łukaszem wygrał, na pewno nie jest lepszy niż pokonany dziś rywal.

Za zakrętem drugiej rundy czeka natomiast, nie kto inny, a sam Roger Federer. A z nim, nasz najlepszy obecnie tenisista, jeszcze nigdy nie miał przyjemności walczyć!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Tenis

 

Niełatwo zostać Justyną Kowalczyk

12 lut

Przykro patrzeć na sztafety pań w biegach narciarskich. Przykro też słyszeć, gdy pan Bogdan Chruścicki z bezdennym pesymizmem, w jego przypadku do bólu przypominającym realizm, zapraszając na bieg rozstawny narciarek, tłumaczy nieobecność Polek. Do Novego Mesta na Morwach, pojechała drużyna, ale bez Justyny Kowalczyk, wystawianie tak słabych zawodniczek zwyczajnie nie miało sensu.

Brak narodowej drużyny kobiecej, o męskiej nie wspominając, w dyscyplinie, którą polska reprezentantka zdominowała, tworząc z naszego kraju maleńką oazę w pustynnym krajobrazie domeny skandynawskiej, to powód do żalu. Porównywalnego z tym z pierwszych lat sukcesów Adama Małysza, którego koledzy bezlitośnie trwonili każdą, nawet największą przewagę wypracowaną przez najlepszego polskiego skoczka. Lata czekaliśmy na przyzwoite wyniki polskiej czwórki, która poza „wybrykami” w stylu piątego miejsca na małej skoczni podczas Mistrzostw Świata w Lahti w 2001, nie była w stanie wybić się poza przeciętność. Źle oglądało się, najlepszego w tamtym okresie skoczka świata, prawdziwego „dominatora” konkurencji, pośród zawodników nieprzyzwoicie słabych, pozbawionych wiary i wiedzy na temat przyczyn swoich kolejnych porażek. Z czasem i wraz z zaangażowaniem Adama Małysza w programy szkoleniowe dla najmłodszych, wraz z licznymi akcjami promocyjnymi, konkursami skoków na najwyższym poziomie przyciągającymi przed Wielką Krokiew tysiące kibiców, w końcu udało się uzbierać jako taką drużynę. Po odejściu Adama Małysza, podium co prawda znów jest poza zasięgiem Polaków, ale przynajmniej nie musimy żyć w atmosferze niezmiennej klęski. Jak na przykład Szwajcarzy, którzy pomimo oszałamiających sukcesów Simona Ammanna, są drużynowym ogonem stawki. Tylko, że oni mieli, mają i zapewne mieć będą obszary sportowej kompensaty. My niestety, niewiele mamy zamienników sukcesów

Tak samo jak za sukcesem Małysza poszły tłumy chłopców, gotowych dla swojego idola połamać sobie na skoczni nogi, Justyna Kowalczyk wciąż egzystuje w stanie próżni. Jej triumfy z kilkoma przyzwoitymi wynikami sztafety nie sprawiły, że po polskich łąkach na biegówkach śmigają tłumy dzieciaków. I wręcz nie sposób nie zapytać czemu.
Przyczyn na pewno jest wiele, na pewno są złożone i na pewno ludzie mądrzejsi ode mnie zaprzątają sobie nimi głowę, próbując dojść do sedna problemu. Upatrują ich zapewne w nad niemal kompletnym braku infrastruktury sportowej oraz tras do jazdy stylem klasycznym. Niewątpliwie zastanawiają się też jak zmienić nieurodzaj szkoleniowców, małą liczbę instruktorów i trenerów, którzy mogliby odpowiedzieć na najprostsze, weekendowe potrzeby. A rzeczywistość jest bezlitosna- jakiś czas temu szukałam osoby która mogłaby mnie poduczyć jazdy na biegówkach, w obrębie najbliższych mi stacji narciarskich. Szkółek jednak brak.

W moim, podkreślam osobistym, mniemaniu, przyczyn szukać można także w pierwiastku czysto ludzkim. Patrząc na wyczyny skoczków nie sposób nie pomyśleć o lataniu. Prawdziwym lataniu, nie w zamkniętych samolotach, nijak dającym poczucie swobody. W prawie każdej istocie ludzkiej tkwi bowiem romantyczna potrzeba wolności, dająca o sobie znać na wycieczkach na otwarte morze, czy podczas rozkoszy obserwowania bezmiaru przestrzeni ze szczytów górskich. Ta sama tęsknota pojawia się spoglądając na ptaki (jeśli oczywiście przy okazji nie cierpimy na kliniczną ornitofobię) i Adamów Małyszów, upodobniających się do władców przestworzy.

A co widzimy patrząc na Justynę Kowalczyk? Nadludzki wysiłek, trwający dłużej niż nawet najdłuższe skoki, tytaniczną siłę, wypracowaną podczas setek godzin spędzonych na treningach. Absolutne oddanie dyscyplinie, nie znoszącej lenistwa, półśrodków i niemalże pozbawionej przypadkowości. W biegach narciarskich wiatr nie powieje zawodniczki do mety. Smary, choć ogromnie ważne, to zawsze dodatek do techniki, wytrzymałości i mocy, wkładanej w każdy, najmniejszy ruch. Patrząc na Justynę Kowalczyk po biegu, nawet tym zwycięskim, widzimy zawodniczkę szczęśliwa, ale też umęczoną, nierzadko słaniającą się na nogach, leżącą na śniegu i z trudem łapiącą oddech. Biegi narciarskie to naprawdę ciężki kawałek chleba.

Ciężko więc się dziwić, że przeciętny 10 latek wybierze raczej karierę latawca, niż  sportowe galery.

Jaka wielka szkoda..

 

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni

09 lut

Francuzi to naród bardzo wyrafinowany w kwestii kuchni, mody, choć przeciętne Paryżanki, takie jeżdżące metrem, wyglądają mniej szykownie niż ich londyńskie odpowiedniczki, a także bardzo generalnie pojmowanej sztuki. Wyrafinowania często brak w prozaicznych dziedzinach ludzkiej egzystencji- poczuciu humoru. Twierdzenie może kontrowersyjne, biorąc pod uwagę, iż w 1914 na ziemi francuskiej przyszedł na świat Louis de Funès, robi się jednak prawdziwe, gdy przyjrzymy się produkcji Canal+, Les Guignols de l’info.

W tym specyficznie satyrycznym programie, biorą udział maskotki, przypominające do złudzenia te wykorzystywane na początku lat 90 w naszym rodzimym Polskim Zoo. Karykaturalne, przerysowane  twarze sławnych i ważnych współczesnego świata, prezentują zatrważający obraz społeczeństwa europejskiego we wszystkich jego aspektach: politycznym, społecznym, artystycznym. Nie brakuje też, a jakżeby inaczej, skeczów wprost ze świata sportu.

Przykłady można by mnożyć. W sztandarowych skeczach, guignole wyśmiewają się przede wszystkim z francuskich piłkarzy. A najwięcej powodów do żartów przysparza im rzecz jasna nieszczęsną reprezentację z czasów katastrofalnego mudialu w Korei i Japonii. Francuzi upodobali sobie między innymi Fabiana Barteza, uchodzącego za zawodnika, krótko mówiąc, mało inteligentnego. Nie ma świętości- dostaje się także Zizou, wszystko dzięki  słynnej konfrontacji z Mateo Matteratzim. Wyśmiewanie się z piłkarzy jest bowiem zawsze modne. Jak mała czarna oraz chanelka.

Niekiedy jednak twórcy programu posuwają się za daleko. Przynajmniej w mniemaniu tych, których duma została niesmacznymi żartami urażona.

Najnowszy skandal wywołał komentarz do orzeczenia Międzynarodowej Unii Kolarskiej w sprawie zdyskwalifikowanego za doping Alberto Contadora. W kilkudziesięciosekundowym filmiku mocno umięśniona marionetka przypominająca Rafaela Nadala, udaje się na stację benzynową. Po wypiciu butelki wody, sika prosto do baku, po czym z rykiem rusza w drogę. Kilka sekund później zostaje zatrzymana przez policję, twierdzącą, iż guignol Nadal jechał z prędkością przeszło 200km/h. Touché. Spot kończy się hasłem: Hiszpańscy sportowcy, nigdy nie wygrywają przypadkiem. Wraz z tymi słowami przebrała się miarka iberyjskiej wyrozumiałości.

Canal + za insynuowanie nieczystej gry wśród Hiszpanów został pozwany do sądu. Aleksander Kumor napisał kiedyś, iż po niektórych salwach śmiechu pozostali ranni. Zdaje się, że i tym razem bez nich się nie obędzie.

 

Królowa wraca na salony

08 lut

Lekkoatletyka nazywana jest królową sportu, nie tylko z powodu rodzaju żeńskiego tej dyscypliny. Znacznie ważniejsze od samogłoski „a” świadczącej o płci lekkoatletyki,  jest jej pochodzenie oraz charakterystyka. Dyscyplina ta, powstała jako odpowiedź na pierwotne potrzeby i wywodząca się z naturalnych, anatomicznych ruchów, jest właściwie potomkiem matecznika sporu, helleńskich Igrzysk Olimpijskich.

W czasach gdy antyczni Grecy nie śnili jeszcze o tworzeniu jednolitego organizmu państwowego, którego ekonomiczne istnienie uzależnione będzie od całej Europy, raz na cztery lata spotykali się w Olimpii. W sanktuarium położonym przy wzgórzu Kronosa, obudowanym sportową infrastrukturą, wierzący w Zeusa i pochodzący z całego ówczesnego świata, współzawodniczyli w pierwszych regularnych zawodach sportowych. I właśnie tam i wtedy powstały pierwsze konkurencje lekkoatletyki: biegi (trzy rodzaje dystansów krótkie- dromos, średni- diaulos, długi- dolichos), rzut oszczepem i dyskiem, oraz skok w dal, które obok krótkiego biegu i zapasów wchodziły w skład antycznego pięcioboju.

O tej klasycznej dyscyplinie nie zapomniał baron Pierre de Coubertin, włączając do programu pierwszych nowożytnych Igrzysk Olimpijskich dwanaście konkurencji lekkoatletycznych. Poza odziedziczonymi od antycznych przodków, od 6. Do 14 kwietnia 1989 roku w Atenach, sportowcy ubiegali się o medale w trójskoku (pierwsza zakończona konkurencja IO, a jej zwycięzca James Connolly był tym samym pierwszym od IV wieku n.e. mistrzem olimpijskim) oraz maratonie- biegu upamiętniającym na wpół legendarną przeprawę ateńskiego hoplity Fillippidesa, który po zwycięstwie pod Maratonem, przebiegł ponad 40 kilometrów, aby ostrzec swoich ziomków o zbliżającej się do Aten flocie perskiej. Dobiegłszy wyzionął ducha, w odróżnieniu od Spyridona „Spyrosa” Luisa, czyli złotego medalistę z Aten.
Dziś królowa wszystkich sportów obchodzi swoje małe, acz wyjątkowo ważne święto w Polsce. Jest nim najważniejszy w kraju i jeden z najważniejszych na świecie mitingów lekkoatletycznych, uznany  za najlepsze w 2011 halowe zawody lekkoatletyczne czyli Pedro’s Cup. Tradycyjnie w Bydgoszczy, tradycyjnie w hali Łuczniczka.

Jak zawsze, zapowiada się fantastyczne widowisko, a w tym roku uświetni je obecność carycy tyczki czyli Jeleny Isinbajewej. Ta najwybitniejsza w historii konkurencji sportsmanka, borykająca się od jakiegoś czasu z problemami z powrotem do wysokiej dyspozycji, właśnie w Bydgoszczy rozpoczyna cykl przygotowań do Londynu. Podobnie jak jej groźna rywalka, mistrzyni świata z Berlina oraz brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich w Atenach- Anna Rogowska. Bardzo jednak prawdopodobne, że tym razem zwycięży Holly Bleasdale, która w styczniu skoczyła 4,87- dwa centymetry więcej niż wynosi absolutny rekord Polski Anny Rogowskiej.

Tyczkę do ręki weźmie też Paweł Wojciechowski, który po złamaniu kości jarzmowej z wyniku upadku spowodowanym złamaniem tyczki, wraca do cięższych treningów. Nie mógł nie wystąpić w Bydgoszczy- to jego rodzinne miasto, a barw klubu SL WKS Zawisza broni od początku kariery.

Rywalizacja zapowiada się także w pchnięciu kulą, gdzie nasz najlepszy zawodnik, Tomasz Majewski, zmierzy się między innymi z amerykańskimi mistrzami świata Christianem Cantwellem i Reese Hoffą.

 
 

Stoch zwycięski, Stoch wygrany

05 lut

Kamil Stoch wygrywa w Predazzo i w Polsce stała się wiosna. Zwycięstwo poza Zakopanem smakuje jakby pełniej i smaczniej, bo w końcu nie można uznać, że zadecydowała tylko znajomość skoczni. Nasz najlepszy obecnie skoczek, chyba rzeczywiście na zawodach w Engelbergu znalazł radość w skakaniu. Chwała mu za to, weekendy mamy dzięki temu odkryciu,  zdecydowanie sympatyczne.

Nie najgorzej brzmi: leć, Kamil leć, prawda? Trzeba chyba powolutku zacząć ćwiczyć okrzyki.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Winter wonderland